Przejdź do treści

Orzechy - Euforiusz

E1200
E720
E480
E400
E360
E340
E320
Euforiusz
Euforiusz
Euforiusz
Euforiusz
Euforiusz
Euforiusz
Witryna w budowie
Witryna w budowie
Witryna w budowie
Witryna w budowie
Witryna w budowie
ORZECHY: 000199
– Pani Aniu.
– Tak szefie?
– Czy – tu udał zawahanie - czy jak przez godzinę zostawię firmę na pani głowie, to będzie pani na mnie zła?
Wiedział, że nie będzie zła, a przeciwnie bardzo zadowolona, bo zostawiając w jej rękach decyzyjność pokazywał w ten sposób, że ma do niej zaufanie, a to zawsze sprawiało jej przyjemność. Miał tylko nadzieję, że ona rozumie, że się z nią teraz droczy, a nawet w pewien sposób flirtuje. W żartach naturalnie, tylko w żartach!
Ona oczywiście w lot odczytała jego intencje, jak zawsze zresztą w takich chwilach i jak zawsze też wiedziała, co odpowiedzieć, a odpowiadając mówiła zawsze to, co było muzyką dla każdego szefa zostawiającego dorobek życia w zaufanych rękach.
– Dobrze pan wie, że zrobię dla pana wszystko i że może pan wyjechać nawet na rok, a tu wszystko będzie chodziło jak w szwajcarskim zegarku – odpowiedziała z cudownie pięknym uśmiechem na cudownie pięknej w tej chwili twarzy.
Anna, sekretarka, asystentka, zastępca szefa, prokurent, wszystko w jednym, wiele miała przydomków, nie była kobietą z tych najpiękniejszych. Takie było jego pierwsze wrażenie. Były ładniejsze oczywiście, że były, bo takie znał, ale Anna poprzez naturalne połączenie tych wszystkich elementów, z których się składała, była z pewnością piękna. Wyróżniająca się, a do tego była tu i teraz, dostępna i kompetentna. No i oczywiście, o czym zapomnieć nie można, była godna zaufania. On jednak gdy na nią patrzył, z czasem widział dużo więcej. Widział więcej to mało powiedziane. Widział w niej ogrom wnętrza i zewnętrza. Ona była po prostu jedną z tych kobiet, które mogą być żoną lub przyjaciółką, ale nigdy kochanką. Po prostu za bardzo ją szanował, by w ten sposób o niej myśleć. Szanował i cały czas obserwował. Od rana do wieczora. Przez cały dzień gdy pracowali razem i w czasie gdy mieli wspólne zajęcia po pracy też. Obserwował i dziwił się, że zauważa w niej co chwilę coś nowego, i że za każdym razem to wszystko co widzi, podoba mu się bez żadnego wyjątku. Gdy patrzył na jej twarz z jednej strony przypominał sobie pierwsze wrażenie przeciętności, a z drugiej dziwił się temu, że przyzwyczajając się do jej codziennego widoku, tęskni za tym widokiem już od pierwszej chwili, gdy wychodzi z biura, co zdecydowanie przeczyło temu pierwszemu wrażeniu. Niepojęte. Niepojęte, ponieważ nigdy żadna kobieta nie dokonała takiego wyczynu zmącenia ocen w jego umyśle. Kiedyś, gdy przyjmował Annę do pracy, widział w niej nie tę kobietę, którą widzi teraz. Nastąpiła zmiana, którą starał się w sobie od wielu miesięcy zdefiniować. Ona nie zmieniła się przecież fizycznie od momentu rozpoczęcia pracy to fakt, ale dziwił się zmianie swojego sposobu patrzenia na nią. Dziwił się temu, że widzi, że patrzy lub może, że to co widzi, jest inaczej przetwarzane przez jego mózg. Dlaczego?
Otóż Anna miała twarz okrągłą, a on nie lubił takich twarzy. Lubił twarze pociągłe, klasyczne, jak w filmach, jak u większości aktorek, a Anna taka nie była. Jej twarz była bardziej okrągła niż pociągła, a przez to może za szeroka i może właśnie przez to, kiedyś, na początku, mu się nie podobała. Potem jednak to negatywne wrażenie straciło na znaczeniu. Zaczął zauważać, że ta okrągłość ma swój urok poprzez to, że ta właśnie konkretna twarz należy do niej, czyli do kobiety, którą lubił, poważał za kompetencje, no i oczywiście ufał. Zaczął też zauważać, że jej uroda składa się z wyjątkowo harmonijnych elementów. Jej twarz, owszem, wydawała się za szeroka, ale gdy spoglądał w jej oczy, oczy te były idealnie w tę twarz wpasowane. Duże, okrągłe, piwne, nie, bursztynowe. Z takimi delikatnymi promyczkami precyzyjnie wkomponowanymi w ten bursztynowy okrąg. Te bursztynowe światełka rozchodziły się wokół tego czarnego kółka w środku oka jak promyki słońca. Cudowny widok jakby tam palił się taki mały ogień. Przepraszam, ogieniek, to słowo bardziej pasuje do jej delikatności. Nosek mały, wręcz śliczny. Rzęsy podkręcone ku górze i przyczernione, lecz nigdy w sposób ordynarny. Zawsze ze smakiem i zawsze bez przesady. Zauważał to i doceniał. Brwi pięknie wymodelowane, zdrowe, jak to u dbającej o siebie kobiety, która ma lat dopiero trzydzieści trzy. Włosy inne. Dobrane do twarzy. Poszarpane w takie urocze pazurki spadające niby w bezładzie, ale wszystkie zgodnie z planem. Część z tych pazurków spadała po bokach na oba policzki zawężając twarz optycznie. Ta fryzura była dobrana do jej twarzy perfekcyjnie. Anna umiała tak dobrać fryzurę i makijaż, że uzyskiwała idealny efekt harmonii. Wszystko co robiła, tak wyglądało. Dotyczyło to wyglądu, sposobu poruszania się, sposobu wypowiadania słów. Wszystkiego. Dotyczyło wszystkiego i zawsze. Zawsze! Szok! Po prostu.
Kiedyś gdy przyjmował ją do pacy, owszem, ta kobieta nie podobała mu się. Nie podobała, ale też nie uważał jej za brzydką. Przeciwnie, uważał Annę za kobietę ładną lub bardzo ładną, lecz ładną specyficznie, bo przecież nie była wysoka i nie była też szczupła. Lekko pulchna z lekko nabrzmiałymi od tej pulchności ramionami. Dziwił się sobie teraz, bo te ramiona poprzez tę pulchność nie wydawały mu się obecnie grube. Po prostu skóra na jej ramionach była naciągnięta, a przez to gładka i jędrna. Nic na niej nie wisiało, a te części ciała, które pokazywała takie właśnie były. Jakby napompowane od środka. Jędrne i piękne. Włącznie z wcięciem w talii, które wyćwiczyła takim kółkiem, które trzymała za szafą z dokumentami.
Pokazywała też codziennie klasę w tym, jak umie się ubrać, a podobnie jak wszystko inne robiła to doskonale. Jakim to cudem zawsze mu się podobał jej ubiór, tego nie wiedział, ale dziwił się, że dosłownie nigdy nie było tak, że mógłby powiedzieć, że w tej kreacji już ją kiedyś widział. Zawsze była inaczej ubrana i zawsze w tym czymś co ubrała, była piękna. Mile piękna, tak. Tak on o tym myślał, gdy próbował te uczucia ująć w słowa. Teraz jednak musiał się zastanowić, jak w tym momencie zareagować, bo przecież ta decyzja jaką dzisiaj zamierzał podjąć wobec tej kobiety, wpłynie na jej całe przyszłe życie. Koniec analiz. Trzeba działać. Świadomie uruchomił samokontrolę.
– Wiem Pani Aniu, że zrobi Pani dla firmy wszystko – odpowiedział umiejętnie modulując słowo "firma", chcąc w ten sposób podkreślić, że łączy ich tylko zawodowa relacja. Ona odczuła to boleśnie, lecz nie chciała dać poznać po sobie, że nic gorszego usłyszeć nie mogła. Dawno już zrozumiała, że jest dla swojego szefa tylko pracownikiem. Wiedziała i była tego pewna, że jest dla niego po prostu za brzydka, zbyt niska, zbyt krępa, o mało pociągłej twarzy, a do tego słabo wykształcona i nieobyta w świecie tak jak on, szef, supermen. Najprzystojniejszy i najlepszy mężczyzna jakiego w życiu poznała. On zauważył natychmiast zmianę w jej oczach i dodał. – ... i dlatego nie wyobrażam sobie bez Pani pracować.
Anna odpowiedziała uśmiechem. Jednym z tych uroczych, co trochę go uspokoiło. Wiedział, że jest w nim zakochana. Wiedział doskonale. Odpowiedział w ten sposób, by jej nie zranić. Chciał być delikatny i dobry dla niej, bo ona na to zasłużyła swoją pracą. Trzymanie dystansu z pracownikiem było profesjonalizmem owszem, ale gdyby był dla niej zbyt twardy, nie byłoby w jej oczach tego piękna, czyli nadziei na szczęście z nim. Widział to w tych oczach i powoli zdawał sobie sprawę z tego, że ten widok ważniejszy jest dla niego od zysku, nowego samochodu czy większego mieszkania. Dlaczego jej uśmiech tak bardzo wpływa na jego samopoczucie? Musiał to przemyśleć. Czas najwyższy. Dzisiaj postanowił zamknąć ten temat.
– Pani Aniu wychodzę – przerwał – ale postaram się jeszcze dzisiaj wrócić. Muszę się przejść i coś przemyśleć.
Anna widząc w oczach szefa, którego rozumiała przecież bez słów, widząc wyraźnie, że te przemyślenia mają coś wspólnego z jej osobą, bo zachowywał się w tej chwili jakby był aktorem i grał jakąś rolę, popatrzyła na niego ze strachem w oczach. Czy może chciał ją zwolnić?
– Stracę pracę? – powiedziała niby żartem, a potem jej wzrok zrobił się poważniejszy i uderzyła w ton histeryczny, co jej się nigdy nie zdarzyło.
– Jestem za leniwa, zbyt gruba, za niska? – i dodała.
– Wstydzi się Pan mnie? – tego się nie spodziewał. Był zaskoczony i szybko odparł.
– Naprawdę tak Pani o sobie myśli? - Anna spuściła oczy wpatrując się w podłogę.
– Tak – oparła głosem, który był szczery i przekonujący – przy panu tak o sobie myślę.
Tego na prawdę się nie spodziewał. Popatrzył w jej oczy i widząc w nich autentyczne przerażenie zastanawiał intensywnie, jak ma zareagować. Niczego nie musiał, nic jej jeszcze nie obiecał, nigdy nie wykorzystał, zawsze pomagał, dobrze płacił i właśnie dlatego był pewny siebie, a przez to spokojny. Musiał mądrze rozegrać tę krytyczną w tej chwili sytuację. Chciał być dobry dla niej. Zasłużyła na to. Nie chciał też w tym krytycznym momencie obiecywać jej czegoś, czego nie będzie mógł dotrzymać w przyszłości. Musiał się teraz szybko opanować, a umiał to robić. Był już z kilkoma takimi kobietami, przy których musiał nauczyć się opanowania, a w obecnej sytuacji ta umiejętność mogła okazać się wyjątkowo przydatna. Wiedział, co zrobić. To musiała być wyważona reakcja. Miał poukładane w głowie argumenty, słowa, całe zdania. Był przygotowany. Wiedział już, jak chce się zachować. Nie chciał za dużo obiecać. Nie chciał, by ona wiedziała, jakie ma wobec niej plany. Nie chciał popełnić błędu. Rozsądek człowieku, rozsądek! Spojrzał na Annę z góry jak nauczyciel na uczennicę. Zaczął powoli.
– Zabraniam pani używać takich słów, ... bo ... po pierwsze – tu zrobił przerwę, jakby w myślach układając, co ma mówić – jest pani cudownie pękną kobietą – a wypowiadając te słowa podszedł do niej powoli z tą myślą, by jej tym ruchem nie przestraszyć. Potem cały czas patrząc jej w oczy chwycił ją delikatnym, ale pewnym ruchem za oba ramiona i równie delikatnie obrócił w stronę lustra wiszącego na ścianie. Stali tak teraz oboje patrząc w to lustro. Ona z przodu, a on za nią trzymając ją obiema dłońmi za oba ramiona.
– Co pani widzi? – był wyższy od Anny o ponad głowę i pomimo tego, że miała na stopach szpilki, jego głowa górowała wyraźnie nad Jej włosami – widzi pani tę twarz? Jest cudownie piękna. Anna nie odezwała się ani słowem. Drżała, ponieważ on cały czas dotykał jej ramion, a całe jego ciało było tak blisko niej jak nigdy dotąd.
– Proszę przyjrzeć się tej twarzy i nigdy już nie mówić o niej, że jest brzydka. To było po pierwsze. Teraz po drugie. Widzi pani te oczy? Ja w tych oczach widzę, co pani czuje, co pani myśli, czy jest pani zadowolona lub smutna. Czy gdyby te oczy nie były tak cudownie piękne, to czy wpatrywałbym się w nie codziennie z taką przyjemnością? Teraz po trzecie. Proszę przyjrzeć się rysom swojej twarzy. To łagodne rysy opowiadające o tym, jakim jest pani człowiekiem. Widać tam opiekuńczość, chęć bycia niezawodną, a ja tam widzę oddanie wbudowane w pani charakter. Tak jakby była pani skonstruowana po to, by pani ufać. Teraz proszę popatrzeć na pani klasę. Na kobiecość. Na styl ubierania się. Chodzenia. Wypowiadania słów. Proszę przypomnieć sobie wygląd pani biurka. Przecież tam każda rzecz jest tak poukładana jak do zdjęcia w katalogu. Do tego nie wyobrażam sobie bardziej kompetentnej osoby na pani stanowisku, a pani mówi, że mógłbym pomyśleć, że jest pani brzydka? – przybliżył się do niej. Przywarł całym swoim ciałem do jej pleców, a ramionami otoczył powolnym ruchem tak, że prawą dłonią dotykał jej lewego ramienia, a lewą prawego. Potem pochylił głowę do przodu. Dotknął policzkiem jej włosów. Zamknął oczy i próbował zrozumieć, co jego serce czuje w tej chwili.
Anna nie mówiła nic. Oddychała tylko szybko i marzyła o tym, by ta chwila trwała wiecznie. W tym momencie była pewna, że oddałaby się temu mężczyźnie bez chwili wahania. Na biurku. Pod biurkiem. Pod oknem. Na parapecie. Gdziekolwiek. Jeśli tylko będzie tego chciał. On natomiast mając zamknięte oczy, czuł dotyk jej piersi na wewnętrznych częściach przedramion. Delikatny materiał białej koszuli, w którą był ubrany, pozwalał to czuć wyraźnie. Czuł jej oddech. Czuł jak te ciepłe, nie, gorące piersi falują teraz rytmicznie. Czuł zapach jej włosów. Zapach ciała. Oddechu. Czuł taką przyjemność w trzymaniu jej osoby w ramionach, jakby to trzymanie jej, było teraz trzymaniem w ramionach całego świata. Tego świata, który reprezentuje sobą najcenniejszą wartość. Zdawał sobie sprawę z tej wartości. Znał kobiety i doceniał, nie. Precyzyjnie doceniał jaką kobietą jest Anna. Trzymał ją w ramionach i nie zamierzał stracić. Był dojrzałym mężczyzną i wiedział, co to zmarnowana szansa w życiu. Strata Anny to byłaby katastrofa, której nic nie zdoła naprawić. Wiedział to. Wiedział, że trzyma w ramionach skarb. Jednocześnie nie czuł żadnego braku kontroli nad sobą. Był panem swoich odruchów i myśli. Analizował, analizował teraz siebie. Cały czas otaczał ją ramionami. Czuł jej bliskość i analizował własne uczucia wobec niej. Wobec tej kobiety, która dokonała zamiany ocen w jego umyśle. Zamiany wszystkich ocen, które jej dotyczyły. Był wzruszony jej uległością i tym, co zobaczył w jej oczach, zanim zamknął swoje. Widział te konkretne słowa w jej oczach. Jestem Twoja. Twoja. Twoja, jeśli tylko mnie chcesz. Czuł wzruszenie za przyczyną tego, że potrafi z jej oczu czytać jej myśli. Wiedział, że czytanie myśli z oczu nie zdarza się każdemu. Wiedział o tym z przeczytanych książek. Czuł z tego powodu w tej chwili wzruszenie i postanowił ten stan natychmiast wykorzystać. Wiedział, że w chwilach wzruszeń ma wgląd we własne uczucia. O tym też przeczytał już dawno. Wiedział, że w chwilach wzruszeń własne uczucia są łatwe do odczytania. Są wyraźne. Robił to już kilkukrotnie i ta technika wglądu w głąb własnego serca, gdy czuje wzruszenie, była skuteczna. Tak. Chciał to zrobić. Chciał zajrzeć w głąb siebie i zrozumieć, co naprawdę czuje. Co czuje wobec niej. Teraz.
Teraz wiedząc co chce sprawdzić w wyobraźni, z premedytacją w wyobraźni tej starał się dotknąć ciała innej kobiety. Nagiej kobiety. Jakiejkolwiek z tych kobiet, których ciała znał na pamięć, a gdy to już sobie wyobraził, każdy z tych dotyków był zdradą wobec Anny. Był jak profanacja bogini. Czuł to wyraźnie. Czuł, że nie chce tego robić. Czuł, że nie chce dotykać ciał innych kobiet już nigdy. Czuł, że chce wszystkie te wspomnienia innych ciał z siebie wrzucić. Był tego pewny i na to właśnie czekał. Czekał długo. Na tę wewnętrzną pewność, którą czuł teraz przy niej. Na takie odczucia czekał. Czekał całe życie, bo właśnie tak wyobrażał sobie prawdziwą miłość. Prawdziwie prawdziwą, skoro tylko z Anną umiał wyobrazić sobie pójście na spacer. Skoro tylko z nią mógł wyobrazić sobie spędzanie wspólnych nocy. Skoro tylko jej mógłby oddać wszystkie swoje pieniądze, a zrobiłby to z największą przyjemnością. Skoro tylko z nią umiał wyobrazić sobie wspólne życie już na zawsze, a każda inna wcześniej znana kobieta, którą mógłby teraz dotknąć, była mu obojętna. Gorzej. Każda inna kobieta obok, to był taki rodzaj zabłoconej szyby, która zasłaniała czysty obraz tej jedynej, wyjątkowej, zaczarowanej w jakiś sposób,... czy ona jest z innego świata? - uśmiechnął się do siebie w myślach, bo to była dobra myśl, by tę kobietę nazywać "przybyszką z kosmosu", co na pewno sprawiłoby jej przyjemność i szybko wrócił do wcześniejszej analizy tego, co właśnie czuje. Był z uczuć tych zadowolony. Był zadowolony z tego, że trzyma w swoich ramionach tę kobietę, która uruchamia w nim te uczucia. Nie mógł wyobrazić sobie niczego przyjemniejszego. Tego chciał. Tak, tego chciał. Zastanawiał się nad tym od kilku już miesięcy, ale jej gwałtowny wybuch zamienił ostatnie niewielkie wprawdzie, lecz jednak wątpliwości, zamienił w pewność.
Otworzył oczy i zobaczył twarz Anny w lustrze. Była przerażona. Oddychała szybko. Oczy miała zamglone ilością wydzielających się w jej ciele hormonów. Wiedział, że jest w nim zakochana i że może zdjąć z niej wszystko w co była teraz ubrana jednym tylko słowem. Wiedział to i widział tę gotowość w jej oczach. Dziwił się też sobie, że jest w tej sytuacji tak opanowany. Myślał szybko. Myślał, co powiedzieć. Myślał, jak jej teraz okazać szacunek. Jak nie skrzywdzić. Nie. Jak zrobić jej przyjemność. Największą w życiu jaką dotychczas miała. Przyjemność nie dwustopniową jak wcześniej to zamierzał, a trzystopniową. Wiedział, co przeszła. Opowiadała o tym. Wiedział, co chce jej dać i wiedział już, jak jej to powiedzieć. Miał plan. Teraz ... trójstopniowy. Umiał planować. Był przecież właścicielem firmy.
– Pani Anno – specjalne zaczął powoli od poważnie brzmiących słów. – Czy wie pani nad czym zastanawiam się od kilku miesięcy?
Anna popatrzyła na swojego szefa chcąc odpowiedzieć, ale jej umysł zablokował w niej możliwość wypowiadania słów. Może gdyby on poczekał jeszcze chwilę, ona wróciłaby do świata osób świadomych, lecz nie dał jej na to czasu i kontynuował.
– Pani Anno – powtórzył – czy wie pani, nad czym zastanawiam się od kilku już miesięcy? Ja bardzo poważnie zastanawiam się nad – tu zaczerpnął powietrza – poproszeniem pani o to, by została pani mogą żoną. Zna mnie pani od trzech lat i na pewno rozumie, że w moim przypadku taka deklaracja to najpoważniejsza decyzja z możliwych. Czy dociera do pani, co powiedziałem czy może to, że jestem tak blisko pani ciała, nie pozwala pani logicznie myśleć?
Anna w jednej chwili, a może w dwóch lub więcej, bo trwało to więcej niż kilka sekund, odzyskała pewność siebie. Wyprostowała się i powoli odchylając głowę do tyłu oparła ją o jego pierś. Potem całym ciałem, a miała już w wyobraźni to, że ten mężczyzna, którego dotyka zostanie jej mężem, przybliżyła się do niego jeszcze bardziej i wykonała całym ciałem taki falisty ruch jak kotka, która łasi się do swojego pana. Ruch od bioder, aż po ramiona. On poczuł tę kuszącą falę dotyku i zakręciło mu się w głowie. Poczuł przypływ zwierzęcej siły. Tak ogromnej, że mógłby podnieść tę kobietę jak King Kong na jednej dłoni w górę. Opanował się jednak i powiedział powoli.
– Pani Aniu, ja ... – tu przerwał, bo nie chciał powiedzieć ani za dużo, ani za mało – jest coś, co mnie w tym wszystkim martwi i muszę się nad tym zastanowić, dlatego wychodzę się przejść. Za godzinę wrócę, to porozmawiamy o tym jeszcze raz na spokojnie. Bez emocji. Mogę zostawić jak zwykle – tu uśmiechnął się – firmę na pani głowie?
Anna była teraz tak piękna, że nie mógł oderwać od niej oczu. Uśmiechała się i patrzyła na niego z pytaniem w oczach. Patrzyła prawie wyzywająco lekko skręcając głowę na bok. Dokładnie tak jak to się robi w geście pytania, a on w tym ruchu i w jej oczach, widział dokładnie te słowa, które ona wypowiadała do niego w myślach. Rozumiał te słowa patrząc na nią. Rozumiał patrząc w jej oczy. Patrząc na twarz, na mimikę całej sylwetki. Wspaniałe uczucie - pomyślał ubierając marynarkę. Wyszedł.
Anna podeszła do okna. Odchyliła firankę. Patrzyła i czekała, aż mężczyzna jej życia wyjdzie z budynku. Szedł w stronę srebrnego samochodu ubrany w jasno szary garnitur, białą koszulę, gustowny jedwabny krawat i dobrej jakości zawsze skórzane buty. Znała jego styl ubierania się. Znała jego spokój, opanowanie i dobroć, która była konsekwencją przeżyć. To będzie wspaniały ojciec dla naszych dzieci - pomyślała prawie ze łzami w oczach wyobrażając sobie, że dotyka dłonią tych jego niewielu siwych włosów pojawiających się już na skroniach. Będę dla ciebie dobra mój supermenie – powiedziała do sobie zastanawiając jednocześnie nad tym, co miał na myśli mówiąc, że coś go w tym wszystkim martwi. Oparła głowę czołem o szybę. Ufała mu od zawsze, a teraz to już bezgranicznie i nie bała się niczego. Strach odleciał jak ptak. Nie czuła strachu. Czuła wewnętrzny spokój. Mam czekać godzinę? Dobrze. Patrzyła przez okno. Patrzyła spokojna o przyszłość. Patrzyła, jak srebrny sedan powoli odjeżdża i znika z widoku jej oczu.

○○○○
Był środek września. Słońce tego dnia świeciło już mniej intensywnie niż pod koniec wakacji. Chmur na niebie było całkiem sporo i w ten sposób promienie słońca nie mogąc przedostać się przez zasłonę zbudowaną z białych pierzastych obłoków, nie ogrzewały matki ziemi tak intensywnie, jak mogłyby, gdyby niebo było zupełnie bezchmurne. Było przyjemnie. Było przyjemnie ciepło. Tak. Przyjemnie ciepło to dobre określenie panującej tego dnia temperatury. Przyjemnie ciepło do pracy, szkoły i przyjemnie ciepło na spacer. Jednak tego właśnie dnia w tym właśnie miejscu, które wyjątkowo dobrze nadawało się na spacery dla chyba każdego, nie było dzisiaj absolutnie nikogo. Może to nie była jeszcze ta godzina.
Zza zakrętu pobliskiego skrzyżowania wyłonił się srebrny sedan. To był przedostatni model audi A6. Jechał powoli i po chwili zwolnił jeszcze bardziej, by następnie skręcić ostrożnie w prawo na parking. Określenie parking nie jest tu niestety zbyt właściwe, ponieważ miejsce to nie było parkingiem w pełnym tego słowa znaczeniu. Był to raczej zryty kołami samochodów niewielki kawałek gołej ziemi, wkomponowany w długi płaski teren porośnięty trawą.
Ten płaski teren, szeroki na kilkadziesiąt, a długi na kilkaset metrów z jednej strony przylegał do mało ruchliwej obecnie ulicy, a z drugiej do wału przeciwpowodziowego, wysokiego w tym miejscu na ładnych pięć lub nawet sześć metrów. Ten płaski teren pomiędzy ulicą i wałem był prawie w całości wykoszony. Prawie w całości, ponieważ co kilkanaście metrów widać było czworoboczne wyspy wysokiej na prawie metr niekoszonej trawy. Pośrodku każdej z wysp rosła roczna, może dwuletnia, niewielka brzoza. Każda z tych brzózek osłonięta była kilkoma palikami, wbitymi w ziemię dookoła cieniutkiego jeszcze pnia, a wszystkie te paliki połączone były u góry czerwoną parcianą taśmą. Gdy te wszystkie drzewka kiedyś urosną, stworzą przepiękny szpaler. W miejscu pseudo parkingu nie było jednak brzozowych wysp. W miejscu pseudo parkingu szpaler brzóz był przerwany, co prawdopodobnie miało być przyzwoleniem na pozostawianie tu samochodów.
Audi tocząc się powoli podjechało, a potem zatrzymało w głębi parkingu. Z samochodu wysiadł wysoki mężczyzna ubrany w szarosrebrny gładki garnitur. Zamknął delikatnie drzwi, co sugerowało, że zależy mu na tym samochodzie. Kluczyki wsunął do prawej kieszeni spodni. Do lewej natomiast włożył mały foliowy woreczek, który wcześniej wyjął z bocznej skrytki w drzwiach. Wyprostował sylwetkę, a potem podniósł ramiona w górę i położył otwarte dłonie z tyłu na szyję. Następnie kilkukrotnie poruszył łokciami w tył ruchem, który wykonują te osoby, które często siedzą wiele godzin za biurkiem. Obrócił się i wolno ruszył w stronę ziemnej konstrukcji, która chroniła miasto przed powodzią.
Trawa na wale od podnóża aż po szczyt nie była ścięta. Ten stromy, stworzony ręką ludzką nasyp porośnięty obecnie wysoką nierówną łąką, wyglądał raczej dziko obok płaskiej tafli wykoszonej trawy poniżej. Mniej więcej pośrodku szerokości parkingu widać było betonowe schody prowadzące w górę. Właśnie w stronę tych schodów zmierzał kierowca srebrnego sedana.
Jeszcze kilka powolnych kroków i mężczyzna stanął na szczycie widząc przed sobą spokojnie płynącą rzeką. Stał teraz na ścieżce, która ciągnęła się szczytem wału w prawo i w lewo. Popatrzył w obie strony jakby zastanawiając się, w którą stronę ma iść. Powtórzył ten ruch raz jeszcze, a potem ruszył prosto przed siebie w dół, w stronę rzeki. W miejscu, gdzie schodził nie było schodów. Schodami były stopnie wycięte łopatą bezpośrednio w ziemi. Teraz jednak, gdy było sucho, ponieważ deszcze nie zdążyły jeszcze rozmiękczyć ziemi jesiennymi opadami, stopnie te były wygodną, choć nieco stromą ścieżką, która umożliwiała spacerowiczom zejście ze szczytu w stronę szerokiego na kilka metrów płaskiego pasa ziemi przylegającej bezpośrednio do brzegu rzeki. Ten przyrzeczny, wyjątkowo uroczy trakt, pokryty często koszoną roślinną nawierzchnią, to było właśnie docelowe miejsce, do którego zdążał on. Mężczyzna, który dosłownie kilka minut temu, oświadczył się prawie oficjalnie swojej sekretarce.
Przystanął. Prawie oficjalnie? Zastanowił się nad tym określeniem. Dlaczego w jego umyśle pojawiło się teraz słowo... prawie?
Zamknął na chwilę oczy, co pozwoliło mu lepiej się skoncentrować. Tak... prawie to dobre słowo w tej sytuacji, bo wspominając Annie, o czym myśli poważnie od kilku już miesięcy dodał, że jest coś, co go w tym wszystkim martwi, a to poddaje przecież w wątpliwość całość jego deklaracji. Prawie, to było dobrze dobrane słowo. Tak. Dobrze dobrane. Jego umysł pracował poprawnie.
Skręcił w lewo. Postanowił wrócić myślami do momentu, w którym zmienił plan dzisiejszego dnia pod wpływem wzruszenia, które poczuł, gdy objął ramionami najcenniejszą kobietę, jaką kiedykolwiek trzymał w ramionach. Ruszył wolno wzdłuż rzeki, próbując wrócić daleko wstecz w wyobraźni do tych momentów, w których zaczęły pojawiać się w nim pierwsze myśli o tym, że ta nowa sekretarko asystentka jest kobietą wyjątkową. Inną niż wszystkie, które już udało mu się poznać, a może też inną niż wszystkie, które będzie miał szansę jeszcze w życiu poznać.   
Zaczął teraz, jak zawsze gdy zastanawiał się nad podjęciem ważnej decyzji, zaczął analizować to, co już się stało po to, by być pewnym tego, co chce, by zdarzyło się w przyszłości. Te wsteczne analizy traktował bardzo poważnie. Poważnie, ponieważ te poważne, jak w to wierzył rozmyślania, ułatwiały potem podejmowanie poważnych, jak też w to wierzył decyzji. Właśnie dlatego przychodził tu tak chętnie i po to też dzisiaj tu przyjechał. Po przemyślenia, a miał o czym myśleć i nie miał łatwego zadania, ponieważ nie posiadał żadnego doświadczenia z takimi kobietami jak Anna.
W swoim długim już życiu, a skończył lat czterdzieści sześć, przeszedł trzy poważne związki w tym jedno małżeństwo. Do tego mógł doliczyć kilka znajomości i kilka przelotnych incydentów. W taki oto sposób poznał kobiety. Poznał, ale tylko te, które lgnęły do niego lub może te, które z tych lgnących wybierał.
Wszystkie one to był zawsze ten sam typ. On był wysoki, więc wybierał wysokie. On był, jak mu mówiły nieziemsko przystojny, więc wybierał te najładniejsze. Wśród tych najładniejszych niestety nigdy nie trafił na taką, która chciałaby być: żoną, matką, gospodynią, przyjaciółką, szaloną kochanką w dzień i w nocy oraz wspólnikiem we wspólnych interesach. One wszystkie lub je wszystkie, wszystkie te, które znał, łączyła jedna wspólna cecha. Otóż te wszystkie piękne kobiety o nieziemsko pięknych ciałach, które gdy rozbierały się przyprawiały go o zawrót głowy, był przecież wzrokowcem jak każdy chyba mężczyzna, otóż one wszystkie sądziły, że skoro są tak nieziemsko piękne, to należy im się wyjątkowe, cudowne, dostatnie życie, teraz, codziennie, już, bez okresu przejściowego, w którym na ten standard życia wspólnie w związku zapracują. One traktowały go jak ojca, który powinien im ten standard po prostu dać.
Ten wysoki standard życia to był jedyny cel, do którego te kobiety dążyły. Cel, o którym marzyły, rozmawiały, planowały. One nie mówiły o niczym innym tylko o tym, co mogłyby mieć i gdzie mogłyby być, kupując to za pieniądze. Były drogie urlopy. Drogie ciuchy. Drogie kolacje w restauracjach. Drogi sprzęt audio i video. Drogi samochód. Wszystko było drogie i rzeczywiście ładne z zewnątrz, lecz we wspólnym domowym życiu nie było bliskości, oprócz niekiedy oczywiście tej fizjologicznej.
Nie było tego, o czym on marzył. Marzył podświadomie, bo skoro nigdy tego nie doświadczył, to świadomie nie mógł o tym myśleć, bo przecież nie wiedział, jak takie życie w praktyce mogłoby wyglądać. To były tylko marzenia. Wyłącznie marzenia. Marzenia o życiu jak w bajce. O wspólnych spacerach i trzymaniu się za ręce. O patrzeniu sobie w oczy. O czytaniu z oczu tych myśli drugiej osoby. O połączeniu dusz. O miłości. O rodzinie. O jego rodzinie, którą tworzy z kobietą. Z kobietą, którą on kocha i która kocha jego.
W praktyce natomiast z tymi kobietami, które w swoim życiu spotkał, zawsze było tak samo. Zawsze w jakiś dziwny i niepojęty sposób był zmuszany sytuacją do tego, by na różnorakie sposoby zadowalać te kobiety wydawaniem na nie pieniędzy. Z reguły oczywiście tych pieniędzy, których nie zdążył jeszcze zarobić. Jaki był epilog tych przygód?
Po ostatnim czteroletnim i jedynym w jego życiu małżeńskim związku, który doprowadził do bankructwa firmy, a w konsekwencji do rozwodu, musiał wyjechać do pracy za granicę. Pracował na norweskich platformach wiertniczych jako pomocnik. To była ciężka praca, ale pozwoliła mu w nieco ponad dwa lata wyjść z długów i zacząć wszystko od nowa z optymalnym kapitałem na nowy start firmy. Po powrocie z Norwegii nie pozwolił już sobie nigdy na jakikolwiek związek stały, koncentrując się wyłącznie na znajomościach przelotnych, a jeszcze później zrezygnował i z tego, przede wszystkim dlatego, że poznał Annę.
Dlaczego ta konkretna przedstawicielka płci przeciwnej tak bardzo go fascynowała? Ponieważ Anna była kobietą inną. Niepodobną do tych kobiet, które zdążył poznać w swoim dotychczasowym życiu. Inną i z wyglądu, i inną swym wnętrzem, czyli oczekiwaniami wobec życia. Do pracy właśnie dlatego ją przyjął, bo była inna z wyglądu, to fakt, ale to był tylko pierwszy impuls, którego potem absolutnie nie żałował. Anna była inna, niż te kobiety, które znał wcześniej, ponieważ przede wszystkim dało się z nią dogadać. Dało się ją przekonać do zmiany sposobu myślenia lub postępowania w obliczu nowych informacji, lub okoliczności. Wszystkie poprzednie jego życiowe partnerki nie posiadały tej umiejętności. Anna nie była tylko nieprzewidywalnym ciałem kobiety. Ona była przede wszystkim kobiecym umysłem. Umysłem odmiennym. W jej przypadku to ona sterowała swym ciałem, a nie odwrotnie. W jej przypadku, jej ciało nie miało szans sterować nią. W jej przypadku nie było to możliwe. W jej przypadku jej ciało było tylko dodatkiem do jej umysłu. Była tak pewna swojego intelektu, że tłumaczenie jej czegokolwiek nie było dla niej jednoznaczne z udowadnianiem jej, że jest głupia. Ona tak tego nie odbierała. Ona wręcz czekała na nowe informacje po to, by się do nich dopasować, by się zmieniać, by się doskonalić, by być lepszą wersją siebie. Dla niego natomiast, czyli dla kogoś kto przeżył życie nie znając kobiety, która potrafiłaby przyznać się do najmniejszego nawet własnego błędu lub jakiejkolwiek niedoskonałości, Anna była objawieniem. Ideałem. Cudem pośród tłumu idiotek, bo tak właśnie cały gatunek kobiecy określał: tłum lalek, a z Bolesławem Prusem, który w "Lalce" świetnie ten typ kobiety opisał, a skoro opisał, to musiał takowe kobiety w swoim życiu spotkać, z określeniem tym zupełnie się zgadzał.
Przystanął. Po co o tym myśli? Przecież te przemyślenia miał już daleko za sobą. O tym, że Anna jest kobietą wyjątkową pod względem intelektu, przekonał się już dawno i na tym spacerze nie powinien o tym myśleć. To nie powinno być tematem dzisiejszego pobytu w tym miejscu. Dzisiaj prawdopodobnie pośpieszył się z oświadczynami i to musi przemyśleć. Do tego wrócić. To przeanalizować. Z każdej strony! Czy to był błąd?
Jeszcze raz od początku. Czy to był błąd? Czy ta deklaracja pod wpływem emocji była błędem? Zastanów się człowieku, co robisz! Na spokojnie. Jeszcze raz.
Zamknął oczy. To zawsze pomagało umysłowi bardziej wydajnie pracować. Czego ja chcę. Czego ja chcę, a co powinienem. Czego chcą moje uczucia, a jej uczucia czego chcą? Starał się to wszystko jakoś nazwać. Ująć w słowa. Zrozumieć. Pojąć. Siebie. Ją. Tę sytuację. Jakoś.
Mózgu pracuj! Myśl! Myyyśśśl! Stał tak teraz z zamkniętymi oczami, zwrócony twarzą w stronę rzeki. Sekundy mijały.
Tak. Miał już pewność tego, że dobrze to w sobie odczytuje. Nie chciał Anny skrzywdzić i to było uczucie nadrzędne. Najważniejsze. Ono górowało nad wszystkimi innymi uczuciami. Tak. Wiedział to i potwierdzał całym sobą. Za każdym razem, gdy do tego wracał. Kocha ją na pewno i nie chce skrzywdzić. Chce jej oddać siebie. Całego. Na całe życie, bo kocha ją na pewno. Tak. To jest miłość. Ale czy wystarczy mu tej miłości? Czy wystarczy, by nie skrzywdzić tej kobiety, którą uważał za ideał? Przecież miłość do kobiety, to nie uczucie podziwu dla jej umysłu. To za mało. Miłość do kobiety rozpoczyna się od podziwu dla jej ciała, a u niego było odwrotnie! Czy to uczucie przetrwa? Czy myśląc tak o niej da jej szczęście? Postanowił, że przeanalizuje jeszcze raz to, co czuje wobec jej kształtów. Przeanalizuje tę przemianę, która w nim nastąpiła. Jeszcze raz. Jeszcze raz zanim przejdzie te tego tematu, który jest najważniejszy.
Gdy przyjmował Annę do pracy, to ona, jako kobieta, na pewno była mu obojętna. Nie czuł do niej fizycznego pociągu. Żadnego. Tego był pewny. To pamiętał. Doskonale. Przyjął ją po prostu jako kolejnego pracownika, a ona w tamtym czasie, w niczym nie różniła się od reszty załogi. Przełom nastąpił potem. W jednej chwili. Wtedy gdy on, zdenerwowany w tamtej chwili, coś jej tłumaczył, a ona odpowiedziała krótko w zamyśleniu... – Ma pan rację.
Trzy słowa. Trzy. Dosłownie trzy. Tylko trzy słowa w połączeniu z wyrazem głębokiego wewnętrznego zamyślenia w jej twarzy, zmieniły jego sposób patrzenia na nią. Czy wtedy się zakochał, tego nie mógł w sobie teraz sprecyzować, ale pamiętał, że od tamtej chwili zaczął traktować Annę inaczej. Inaczej tylko z jednego powodu. Ponieważ ona, sama przed sobą, przyznała się do własnego błędu. On natomiast przypominając sobie własną drogę do tego przełomowego szczebla osobistego rozwoju, potrafił docenić wiek, w którym ona była już tak zaawansowana w kontrolowaniu siebie. Ona oczywiście w tamtym momencie była zbyt zamyślona, zbyt zagłębiona w sobie, by zauważyć, jak on na nią patrzy. On natomiast od tamtej chwili nigdy już nie popatrzył na nią tak, jak patrzył wcześniej.
Po tym incydencie oddał jej kontrolę nad konfekcją. Konfekcja, czyli kompletowanie, czyli wkładanie poszczególnych elementów gier do pudełek po to, by mógł powstać gotowy do sprzedaży produkt, to była ważna strefa działalności jego firmy. To co musiało się znaleźć w każdym z pudełek, było ściśle określone i nie raz zdarzało się, że czegoś w opakowaniach brakowało lub czegoś było tam za dużo. To nie zdarzało się często, ale zdarzało się cyklicznie. Anna poradziła sobie z tym problemem bardzo szybko. Te drobne elementy, które najczęściej wymykały się spod kontroli, czyli dokładnie te, których w opakowaniach było za dużo lub za mało, pakowane były w małe woreczki. Anna zaproponowała, by po pierwsze oznaczać, kto każdy z woreczków tych pakuje, a następnie by je ważyć na wadze o wysokiej czułości. Samo ważenie trwało o wiele krócej, niż optyczne kilkukrotne sprawdzanie, czy wszystko co wymagane, znajduje się w środku każdego woreczka. Pod koniec kompletowania ważone były też całe pudełka i tak oto ten jeden cykl postępowania w praktyce całkowicie wyeliminował błędy wynikające z pakowania.
To jednak, że Anna poradziła sobie z problemem, z którym on nie mógł sobie poradzić przez tyle lat, nie było najważniejsze. Najważniejsze było to, w jaki sposób ona to zrobiła. Ona po prostu opisała ten pomysł w szczegółach, a potem zaniosła mu na górę i położyła na biurku. Ona nie narzucała się z tym pomysłem. Nie okazywała swej wyższości po tym, gdy wymyśliła coś, czego sam szef przez tyle lat nie wymyślił. Nie zrobiła niczego, co mogłaby zrobić osoba o niskiej samoocenie. Ona zrobiła to tak jak rodzic, który proponuje coś swojemu dziecku w taki sposób, by dać temu dziecku szansę skorzystania z nadarzającej się okazji.
Od tego czasu Anna nie tylko go ciekawiła, a wręcz fascynowała. Wiedział, że kiedyś będzie trzeba firmę rozwinąć. Chciał tego, marzył o tym, planował, ale taki scenariusz wymagał przecież ludzi. Potrzebny był przecież średni szczebel zarządzania i to Anna miała być tą osobą, która rozpocznie budowanie tego szczebla. Te klocki właśnie tak trzeba było poukładać. Tak to sobie zaplanował.
Najpierw oddał jej zarządzanie konfekcją. Poradziła sobie. Potem oddał jej kontrolę nad wysyłką i magazynem, a ona w naturalny sposób poszerzyła zakres swoich obowiązków bez żadnego, nawet najmniejszego widocznego wysiłku. Potem oddał jej kontrolę nad zamówieniami, a na koniec zaproponował, by przeniosła się na górę i ogarnęła też przelewy oraz katalogowanie dokumentów, czyli w praktyce kontrolowanie prawie całej firmy, bo negocjacje z kontrahentami pozostają przecież zawsze w gestii właściciela.
Ustawił jej biurko dokładnie naprzeciw swojego, a zrobił to nie dlatego, by łatwiej im się pracowało, a tylko dlatego by ją obserwować. Pamiętał ten czas rozplanowywania przestrzeni, w której ona miała przebywać. Pamiętał jak robił to tylko po to, by obserwować jej twarz, gdy rozmawia, myśli, uśmiecha się, wstaje, siada, chodzi, czyta, pisze, rusza całą dłonią lub najmniejszym nawet palcem. Fascynował go każdy jej ruch. Był tak nią zafascynowany jak rodzic, który patrzy na pierwsze kroki swojego dziecka.
Potem była wspólna praca nad kolejnymi wersjami gier. Nowe instrukcje, grafiki, zasady, które trzeba było wybrać, udoskonalić, dopasować, zmienić, radzić sobie z przekonaniem grafików do zaangażowania się we wspólne prace nad nowymi projektami, a ona sobie z tym wszystkim radziła.
Potem trzeba było podejmować kolejne decyzje, a potem wiele godzin tej pracy poświęcić. Bywali więc ze sobą długo i często.
Na dole mówili, że on i Anna to już para. Raz ona u niego, raz on u niej, a najczęściej w razem biurze. Wspólne obiady i kolacje, ale nigdy wspólnych śniadań.
Owszem znał kształty jej ciała, bo nie raz gdy bywał u niej, chodziła w tak ciasnych getrach i koszulkach, że miał czas zauważyć i zapamiętać wszystkie detale, z których się składała. Owszem byli ze sobą blisko, ale on nigdy nie przekroczył tego progu, który oddziela pracodawcę od pracownika. Nigdy. Nigdy tego nie zrobił. Nie zrobił, choć w jej oczach cały czas widział gotowość do zrzucenia wszystkiego, co miała na sobie po to, by oddać mu całą siebie. On to wszystko widział i rozumiał doskonale, ale nigdy tej jej gotowości nie wykorzystał. Nigdy nie został na noc. Nigdy nie zaproponował, by mówili sobie po imieniu. Nigdy. Dlaczego?
Najpierw dlatego, że fascynowało go nowe doświadczenie obcowania z kobietą o wyjątkowej osobowości, a potem, ponieważ zdał dobie sprawę z tego, że ją kocha. Powoli z każdym dniem coraz bardziej rozumiał, co znaczy to słowo.
Zależało mu na niej i dlatego płacił jej za nadgodziny i wymyślał wiele innych powodów, by móc wypłacać jej premie. Od wielu miesięcy jednak, sam nie wiedział ile to już trwało, zastanawiał się poważnie nad tym, by to ona została matką jego dzieci. By była żoną, kochanką i tym wszystkim czym już jest, ale bez przerw na bezsenne noce.
W czasie tego okresu wzajemnego się obserwowania, rozmawiali ze sobą o wszystkim. Nie tylko o pracy. Praca schodziła na coraz bardziej odległy plan. Zbliżali się do siebie nie ciałami, a umysłami zwierzając się sobie wzajemnie ze swoich doświadczeń z dzieciństwa, młodości i życia dorosłego.
W ten sposób ona poznała wszystkie jego partnerki, rodziców, którzy żyli jak pies z kotem, studia, Norwegię, całą historię firmy, życia osobistego oraz marzeń o miłości z kobietą.
Ona natomiast przyznała mu się przez co przeszła, gdy była nastolatką, gdy partner jej mamy, zrobił jej największą krzywdę, jaką można wyrządzić czternastolatce. Przyznała się, jak drżała, że będzie w ciąży. Jak zastanawiała się, co zrobi z tym dzieckiem, jeśli ono pojawi się w jej brzuchu. Opowiadała, że nie wyobrażała sobie zabić tego życia, które w niej powstanie, nawet jeśli powstało w tak zły sposób.
Od tamtego wydarzenia była już dorosła. Opowiadała, jak wydarzenie to wpłynęło na późniejsze jej życie. Opowiadała jak uciekała z domu. Jak nie skończyła szkoły średniej. Jak pracowała byle gdzie i za byle jakie pieniądze. Jak walczyła o to, by poukładać relacje z samą sobą. Jak marzyła o odpowiedzialnym ojcu dla swoich dzieci. Jak zerwała wszelki kontakt z matką, która wyżej stawiała obcego mężczyznę niż własne dziecko. Jak nie umiała dokończyć edukacji, nie umiejąc odnaleźć się w szkołach wieczorowych. Jak jedyne co jej wychodziło, to czytanie książek w najmniejszym, ale kupionym za własne pieniądze mieszkaniu, w którym chowała się po pracy.
On w czasie tych wymian wzajemnych zwierzeń wiedział, że ona, Anna idealna, jest w nim zakochana. Widział to wyraźnie, gdy mówiła patrząc mu w oczy głęboko, że szuka wysokiego ojca dla własnych dzieci, bo chce, by jej dzieci były wyższe niż ona. Wiedział, co ona czuje. Wiedział też, że chce mu to wyznać, ale się boi bólu odrzucenia.
Znów zamknął oczy koncentrując się na własnych uczuciach. Tak. Kocha tę dziewczynę na pewno. Za jej umysł. Za to jakim jest człowiekiem. Wiedział, że ten podziw dla jej umysłu przetrwa wszystkie burze, jakie nadejdą. Oby oczywiście nie nadeszły. Wiedział też, że podziwia ją jako kobietę, że podziwia każdy cal jej sylwetki i że wystarczy tego podziwu na całe życie, gdyby oczywiście ze sobą byli. Tak. Na pewno. Anna swym naturalnym wdziękiem jest nieporównanie piękniejsza od tych posągowych kobiet, które nie umiały wymyślić niczego innego, oprócz nowego sposobu wydawania pieniędzy. Nie musiał się bać, że podczas małżeństwa może mu się spodobać inna kobieta. To niemożliwe. Tego się nie bał. Absolutnie. Gdyby został mężem Anny nie skrzywdziłby jej zdradą. Czuł, że to łatwe. Przecież już wyzbył się kontaktu ze wszystkimi innymi kobietami tylko po to, by nie widzieć smutku w jej oczach. Tak. To miał przemyślane. Potrafi jej dać wierność. Zdradą nie skrzywdzi jej na pewno. Wiedział też, że ona mu się podoba i że będzie mógł jej to mówić zawsze i wszędzie. Miliony razy. Miliardy.
Znów zamknął oczy i uruchomił kolejny proces myślowy. Dzisiaj nie przyszedł tu przecież po to, by zastanawiać się, czy wystarczająco ją kocha. To już wiedział. Odda jej wszystko co ma. Całego siebie włącznie z własnym życiem. Był tego pewny. Tym co czuje jej nie skrzywdzi. Na pewno.
Dzisiaj nie przyszedł tu też po to, by zastanawiać się, czy mógłby ją skrzywdzić zdradą, bo ona jako kobieta podoba mu się niewystarczająco. Te przemyślenia też już miał za sobą. Chciał to przekonywanie siebie powtórzyć okej, bo to przyjemne wyobrażać sobie jak ją kocha, ale dzisiaj przeszedł tu przecież w innym celu.
Dzisiaj przeszedł tu po to, by zastanowić się, czy nie popełnił błędu opowiadając jej o tym, że myśli poważnie o zaproponowaniu jej wspólnego życia już na zawsze. Otwarł oczy i popatrzył na drugą stronę rzeki szukając czegoś, co zainspiruje go do wydobycia z siebie takich myśli, które pomogą mu znaleźć rozwiązanie. Rozwiązanie problemu, który nurtował go od wielu tygodni. Z każdym dniem coraz bardziej. Tego problemu, który nie miał nic wspólnego z tym wszystkim, o czym myślał jak dotąd na tym spacerze. Nie myślał, a przecież po to tu przyjechał. Przyjechał tylko po to. Odrzucał tę myśl. Bał się jej. Odrzucał wątpliwości. Uciekał od nich, ale musi przecież w czasie tej jednej godziny, znaleźć rozwiązanie. Nie ma innego wyjścia. Musi. Wiedział to.
Rzeka toczyła wodę w objęciach obu brzegów, a on toczył myśli wewnątrz własnego umysłu. Wrócił teraz do tej sceny, która była początkiem jego wątpliwości w przeszłości. Musiał to zrobić. Musiał przez to przejść. Teraz.
To zdarzyło się tylko raz, gdy jedna z jego dawnych koleżanek z którymi sypiał, przyszła do biura. Twarz Anny była wtedy tak blada i tak smutna, że oddałaby życie za to, by ta scena nigdy się nie wydarzyła. Pamiętał tę scenę. Pamiętał i nigdy nie powtórzył już tego błędu. Od tamtego momentu nie dotknął już ciała żadnej kobiety, a przecież w tamtym momencie nie postanowił jeszcze, że się jej oświadczy.
To właśnie tego dnia zrozumiał, że Anna pomimo całej swej inteligencji może nie mieć pojęcia, jakie siły wpływają na jej uczucia. On przecież już wiedział, czym jest miłość, lecz ona mogła tego jeszcze nie wiedzieć.
Analiza czasu przeszłego trwała, a on zastanawiał się, czy ona wie, że odebrał jej szansę poznania kogoś lepszego niż on. Czy ona to wie? Czy ona wie, co się stało? Czy ona wie, dlaczego to się stało? Jak stało? Czy ona wie, na czym ta gra polega?
 
Rzeka toczyła swe wody z identyczną prędkością jak chwilę jeszcze temu, a jego umysł przyspieszał. Tak. Ona tego nie wie. Nie wie, bo nie przeżyła tego, co przeżył on. Tak, ona nie mogła o tym wiedzieć. Nie miała na to szansy. Co teraz? Co on ma z tym zrobić? Z tą wiedzą? Z tym przekonaniem, z tą pewnością, że nie chcąc, ale jednak, że odebrał jej szansę poznania kogoś lepszego niż on? Odebrał, ponieważ rozkochał Annę w sobie... nie dotykając jej ciała?
Owszem zrobił to bez świadomego zamiaru. Zrobił to tylko po to, by pokazać jej, że ją szanuje, ale... ale właśnie przez to zmusił ją do myślenia o nim jak o kimś niedostępnym, a to wzmaga wszelkie pożądanie. Nie zrobił tego z premedytacją. Nie zrobił tego specjalnie, ale postępując w ten sposób odebrał jej możliwość wszelkich porównań jego osoby z innymi kandydatami na życiowego partnera. Postępując w ten sposób odebrał jej możliwość kochania kogokolwiek innego, bo taka jest przecież natura ludzkich uczuć.
Znał tę naturę i to był ten mur, który oddzielał go od szczęścia z nią! To właśnie była ta wątpliwość określana przez jego umysł jako oszustwo. Oszustwo, oszustwo, oszustwo! Dlaczego? Ponieważ pamiętał, w jaki sposób te jego posągowo piękne kobiety z nim postępowały, gdy chciały uruchomić w nim uczucie pożądania. To był zawsze ten sam scenariusz. One po prostu ograniczały mu dostęp do swojego ciała, a to powodowało, że on pragnąc kontaktu z tym ciałem, kochał je bardziej i dopiero teraz, gdy wiedział już, czym jest miłość, a czym jest tylko pożądanie rozumiał, jaki mechanizm utrzymywał go przy żonie, której tak naprawdę nie kochał przez cztery lata małżeństwa. To był tylko i wyłącznie, sterowany ograniczaniem dostępności ciała, fizyczny pociąg. To było tylko pożądanie. Tylko. Wyłącznie pożądanie. Wyłącznie i nic innego. To był fizjologiczny pociąg bez krzty miłości. Teraz to wiedział. Teraz wiedział też, że mógł uruchomić w Annie ten fizjologiczny pociąg tym, że nigdy jej nie dotknął, a ona nie mogąc tego pociągu zaspokoić, była cały czas poddawana wpływom fizjologii, a nie wpływom prawdziwego uczucia. Dokładnie w ten sam sposób jak on kiedyś.
Czy ona zdawała sobie sprawę z tego błędu? Z tego, że to co czuje do niego, że to co ma w oczach, to może nie być miłość, a zwyczajne, niezaspokojone pożądanie? Czy ona to wie? Czy wie? Czy to do niej dociera? Czy to możliwe, by ona tego nie wiedziała?
Patrzył nadal na drugą stronę rzeki. Jej cichy szmer wraz z szumiącym wiatrem uspokajał jego myśli. Czuł w tej chwili, że rozwiązanie tej sytuacji istnieje. Czuł, że jest proste. Czuł, że ten problem bardziej dotyczy jego umysłu, a mniej jej uczuć. Czuł, że to o czym myśli, ma coś wspólnego z tym, czego on sam się boi.
Rzeka toczy swe wody precyzyjnie, a on analizuje swe myśli. Czy to, jak przeżył całe swoje życie. Czy to jakie kobiety poznał. Czy to jak one go traktowały. Czy to wszystko wydarzyło się tylko po to, by on umiał teraz docenić to, jaką kobietą jest Anna? Cały czas czuł gdzieś w sobie, że istnieje rozwiązanie. Jakieś. Proste. Czuł teraz wyraźnie, że ten mur pomiędzy nimi jest do zburzenia. Czuł, że jest bliski poznania tego rozwiązania, że ono jest blisko.
Rzeka nie zmieniała swej prędkości, a jego umysł przyspieszał. Przybliżał się do zrozumienia. Znał to uczucie. Wiedział, że jeśli coś w sobie czuje, to to coś, tam w nim, w środku, rzeczywiście jest. Zamknął oczy. Zwolnił w sobie blokady. Wewnętrznym rozkazem! Chcę by to było łatwe - mówił do siebie w myślach. Próbował sobie wyobrazić, że unosi się w powietrzu, że frunie, jak w snach. Wziął głęboki oddech. Przytrzymał powietrze w płucach na chwilę i powoli je potem wydychał. Jeden oddech. Drugi. Trzeci. Czwarty. Kolejny. Kolejny. Czuł na końcu umysłu, czuł rozwiązanie. Ono było łatwe i proste. Przyciągał je. Koncentrował się na nim. Ono było coraz bliżej. Coraz bliżej. Czuł, gdzie ono jest. To była taka mała kropka wiedzy. Punkt. To było gdzieś nad okiem. Gdzieś w górnej lewej części głowy. Czuł to coś. Wewnątrz czaszki. To miejsce. Gdzie miał szukać. Koncentrował się na tym miejscu. Na tej małej kropce. Czuł teraz, a przez to wiedział, był już tego pewny, tej wiedzy, że ona, ta wiedza tam jest. Na pewno wiedział, choć nie wiedział dlaczego to wie i skąd to wie, ale to było teraz nieważne i właśnie w tym momencie, w tym momencie gdy uznał, że nie jest ważne co wie, a ważniejsze jest to co czuje, przeszyła go nić olśnienia. To było krótkie i takie proste. Banalnie proste. Wiedział już, jak rozwiązać ten gordyjski węzeł nie do rozwiązania. W banalnie prosty sposób. Otworzył oczy. Był uśmiechnięty i zadziwiony tym, że za każdym razem gdy głęboko koncentruje się nad jakimś problemem i głęboko w szuka w sobie rozwiązania, to rozwiązanie to zawsze w sobie znajduje. W niepojęty sposób. Zawsze. I jest ono zawsze takie oczywiste. Jakby zawsze tam istniało. Było. Tak po prostu.
Po prostu przyjedzie do biura i powie jej, że kończą na dzisiaj pracę. Procedury zamknięcia firmy, gdy nikogo nie ma na górze, są ustalone. To nie będzie trudne. Robili to wiele razy.
Potem zabierze ją do siebie. Po prostu. Po prostu poprosi ją, by mu zaufała i o nic nie pytała.
Potem poprosi ją, by usiedli w salonie. Każdy w swoim fotelu. Ona w swoim i on w swoim. Mieli przecież swoje ulubione miejsca. Rozmawiali przecież ze sobą setki razy. Zawsze siadali tak samo. To nie będzie trudne. To będzie naturalne. To po prostu będzie kolejna rozmowa.
Potem on zasłoni żaluzje, potem zasłony i zgasi światło, ale najpierw powie jej, że to zrobi, by się nie bała, bo przecież nigdy tego nie robił.
Potem gdy będzie już ciemno i nie będą widzieć swoich oczu, on opowie jej o wszystkim. O wszystkim tym, co on uważa za ważne, a ona sama podejmie decyzję, co z tą wiedzą zrobić. Opowie jej wszystko. Od początku.
Najpierw opowie jej o tym, jak zakochał się w niej i kiedy to się stało. Opowie jej o trzech słowach. O tym jak wyjątkowe to były słowa. Jak słowa te zmieniły rzeczywistość. Jak to co było kiedyś ważne, straciło swą ważność, a to czego dotąd nie zauważał, stało się najważniejsze. Tak. Najpierw opowie jej o początku.
Potem opowie jej o tym, jak podziwia jej urodę. Jak podziwia jej twarz. Każdy detal. Opowie jej, jak ta twarz harmonijnie wygląda. Jak cudowne są jej oczy, w które wpatruje się każdego dnia. Jak nie może się doczekać, by oczy te znów zobaczyć. Jak nie umie o niczym innym myśleć. Jak nie umie przestać myśleć o jej sylwetce. Ramionach. Nogach. Biodrach. Jak dzieje się tak od momentu, gdy się obudzi, aż do momentu gdy zmęczony marzeniami zaśnie.
Potem opowie jej o tym, jak podziwia to, jak ona się ubiera, jak chodzi, jak dobiera słowa, gdy je wypowiada. Jak podziwia ją za to, jak pracuje. Jak sobie ze wszystkim radzi.   
Potem opowie jej o tym, jak podziwia to, jak ona układa wszystko wokół siebie, bo to wiąże się przecież z tym, jak wygląda teraz firma, produkcja, biuro, dokumentacja. Tak też wygląda jej mieszkanie. Całe. Szafy, lodówka, piwnica, firanki, każdy element. To wszystko jest tak poukładane jak ona sama.
Potem opowie jej o tym, jak podziwia to, jakie książki widzi w jej domowej bibliotece. Jak podziwia jej odręczne pismo. Jak podziwia wszystko. Dosłownie. Jak podziwia dosłownie każdy najmniejszy jej ruch, nawet najmniejszym palcem, jakby ona była zaczarowana.
Potem przejdzie do swoich wątpliwości. Opowie jej o tym wszystkim, czego on sam się boi, czyli o tym, że właśnie przez to, że siła pożądania dla ciał pomiędzy nimi jest tak duża, to może właśnie dlatego ona myśli, że go kocha, bo on widzi to w jej oczach, ale nie jest pewny, czy to co widzi, jest prawdą. Opowie jej o swoich wątpliwościach dotyczących wieku i tym, czy ma prawo prosić ją o to, by została jego żoną. Opowie, bo nie chce jej skrzywdzić w żaden sposób.
Potem opowie jej o tym, że owszem miał opracowany dwustopniowy plan oświadczyn, bo chciał, by ona długo czuła tę przyjemność proszenia o jej zgodę. Myślał o tym długo. Wiele tygodni i wcale nie był pewny, czy to dobry plan. Potem natomiast jej wybuch w jednej chwili wpłynął na to, że powstał trzystopniowy plan. Pierwszym etapem tego nowego planu miało być to, co już się stało. Miał powiedzieć jej, że o małżeństwie z nią myśli, by już się cieszyła i czekała na dalszy rozwój wypadków. Drugi etap to miało być pytanie, czy chciałaby, by zapytał o jej rękę, a jeśli tak to on poprosi ją o to, by ona podała mu numer pierścionka, by mógł go kupić od razu na odpowiedni wymiar. Trzeci element planu to dopiero miało być pytanie, czy zgodzi się zostać jego żoną, ale w odpowiednich warunkach. Tak by zapamiętała te oświadczyny na całe życie. Tak to miało wyglądać, ale... podczas przemyśleń nad rzeką doszedł do wniosku, że taki plan jest za długi, a poza tym za bardzo wymusza na niej odpowiedź twierdzącą, że daje jej za mało opcji wyboru, ponieważ ona za mało wie o tym, czego nie wie - co za bzdury, pomyślał i ucieszył się, że nie powiedział jej jeszcze tego wszystkiego, o czym teraz myśli. W ciemności siedząc na fotelu na pewno będzie miał możliwość układania prawidłowo skonstruowanych zdań. Nie tak jak teraz.
Na koniec, gdy już opowie jej to wszystko, o czym teraz rozmyślał, opowie jej o tym, co uważa za najważniejsze. Opowie jej o tym, co mieszka w jego sercu. Opowie o tym, jak przez całe życie jego serce było puste. Jak szukał tam kogokolwiek i nigdy nikogo tam nie znalazł. Jak czytał w wielu książkach opisy uczucia miłości w sercu, a w jego sercu nigdy czegoś takiego tam nie było. Jakby jego serce było martwe.
Opowie jak potem zauważył w sobie zmianę. W dosłownie jednej chwili. To było wtedy, gdy oglądał serial "Yellowstone", gdy Rip ratuje życie Beth i pierwszy raz mówi jej, że ją kocha. Opowie Annie, że jego serce poskoczyło wtedy w górę. Wysoko jak zawsze w chwilach wzruszeń. Podskoczyło, a on pomyślał wtedy o niej i ona tam była! W tej chwili podskoku serca w górę ona była w jego sercu! Pierwszy raz w życiu ktoś tam był! Zrozumiał wtedy wyraźnie, że bez chwili wahania zrobiłby dla niej to samo, co zrobił Rip. Ratowałby jej życie nie zważając na kule.
Opowie jak od tamtego czasu jego serce wiele razy skakało pod niebo. W wielu momentach. To było w trakcie filmu "Zielona mila", albo "7 dusz" i ona zawsze była w jego sercu. Zawsze. Zawsze już w czasie podskoków serca nie był sam, bo ona tam była. Anna. Ideał. Najpiękniejsza kobieta świata.
Rzeka płynęła jak zawsze tak samo. Powoli, jak przez tysiące, może setki tysięcy, a może i miliony lat. On jednak nie przyspieszał swoich myśli. Nie musiał już tego robić. Miał już rozwiązanie. Miał plan. Da jej możliwość wyboru. W ciemności. To był dobry plan. Lepszego nie trzeba. Lepsze jest wrogiem dobrego.
Popatrzył na zegarek. Od wyjścia z biura minęło mniej niż pół godziny. Zdąży wrócić w tym czasie, który sam sobie wyznaczył. Sięgnął po foliowy woreczek, w który włożył do kieszeni wysiadając z samochodu. Sprawdził, czy nie jest uszkodzony. Obrócił się i spojrzał, jaka odległość dzieli go od tego drzewa, na którym rosły największe orzechy, jakie w życiu widział. To było mniej niż sto metrów. Zdąży jeszcze zebrać ich kilka. Może już spadają. Chciał te zebrane dzisiaj orzechy pokazać Annie. Chciał, by ona wiedziała, że myśli o niej poważnie, że myśli o budowaniu ich wspólnego domu, i że chciałby, by w ich wspólnym ogrodzie rosło drzewo, na którym rosną wyjątkowe owoce. Tak wyjątkowe, jak ona sama.
Szedł powoli. Nie spiesząc się. Miał czas. To co zaplanował w czasie tego spaceru było dobre, było uczciwe, było proste. W ten sposób postępując na pewno Anny nie skrzywdzi, bo przecież to by jej nie skrzywdzić, było dla niego priorytetem. Był też prawie lub może nawet więcej niż prawie pewny, że ona się zgodzi, że wręcz czeka na jego oświadczyny i że będzie szczęśliwa. Różnica wieku między nimi nie była jakaś straszna. Dobrze wyglądali obok siebie. Często bywali razem w różnych miejscach, a ona zawsze wydawała się wtedy szczęśliwa. Nie wstydziła się, gdy pokazywali się razem, a wręcz przeciwnie. Czuł, że jest zadowolona. W tym akurat była podobna do jego wcześniejszych kobiet. Zawsze tak było. One wszystkie lubiły się z nim pokazywać, ale tylko jej jednej chciał to dać w prezencie. Jeśli oczywiście będzie tego chciała. Jeśli tylko będzie tego chciała, to odda jej siebie już na zawsze. Do końca. Był dobrej myśli. Szedł nadal wolnym krokiem. Uśmiechnięty. Najbardziej szczęśliwy jak dotąd w całym swoim życiu.
Orzech w stronę którego szedł, nie był wysokim drzewem, choć z pewnością już dorosłym. Rósł sobie bezpiecznie pod linią wysokiego napięcia, obok wysokiego na chyba kilkadziesiąt metrów stalowego słupa. W tym miejscu, pomiędzy płaską rzeką i raczej monotonnym w swym kształcie ziemnym wałem, słup ten wydawał się być czymś monumentalnym. Wydawał się i rzeczywiście był, ponieważ podtrzymywał przewody, które zwisały na ukos przez rzekę, daleko na drugi jej brzeg.
Stalowa konstrukcja słupa zatopiona była w szerokim i wysokim na może trzy metry  betonowym fundamencie. Ten fundament natomiast, stał na kolejnym, jeszcze większym postumencie. Też betonowym i wysokim na może dwa metry, a szerokim na nawet metrów sześć lub jeszcze więcej. To były takie dwa ogromne bloki betonu. Większy i płaski na dole oraz ten mniejszy, zbliżony kształtem do sześcianu, wyżej. Całość tej betonowo - stalowej konstrukcji wbudowana była imponująco w ukos wału i obsypana wokół sporej wielkości kamieniami. Pewnie po to, by pomniejsza roślinność nie niszczyła swymi korzeniami struktury betonu. Podziwiał tę konstrukcję nie raz, bo było co podziwiać. To był kawał ludzkiej pracy, który służył innym ludziom. Coś pięknego dla kogoś, kto umiał patrzeć, wiedział na co patrzy i przez jaki pryzmat.
Zbliżając się do drzewa zauważył, że nie jest tu sam. Opierając się plecami o beton górnej części fundamentu, a siedząc na dolnej, tej bardziej płaskiej części, spoglądała na niego dziewczyna ubrana jak uczennica, której wcześniej nie zauważył. Podszedł bliżej zmuszony sytuacją, bo innego kierunku poruszania się przecież nie miał. Jeszcze kilka kroków i zatrzymał się patrząc na raczej zdziwione, a mniej przestraszone dziecko w fazie dorastania. Była śliczna. Jej twarz była tak ładną, jak tylko może być twarz trzynastolatki. Kochanej przez rodziców, dobrze wychowanej, dobrze odżywionej, dobrze poukładanej, dobrze ubranej i z pewnością szczęśliwej, bo na taką wyglądała.
Zastanowił się, co ma teraz zrobić. Nie chciał jej przestraszyć, a chciał tych kilka orzechów jednak znaleźć. Szukanie ich w wysokiej trawie, w wyjściowym garniturze, raczej nie wchodziło w grę, a w tym miejscu gdzie dziewczynka siedziała, spadło ich na pewno co najmniej kilka. Zapytał.
– Na ten beton, na którym siedzisz, na pewno spadło kilka orzechów. Chciałbym tam wejść i kilku poszukać – powiedział pokazując jej woreczek, który trzymaj w lewej dłoni – ale nie wiem, czy nie będziesz się mnie bała.
– Proszę bardzo – odpowiedziała bez wahania – nie wygląda pan na kogoś, kogo trzeba się bać. Po tych słowach wróciła do wcześniejszego zajęcia i przestała zwracać na niego jakąkolwiek uwagę.
Podszedł bliżej, by zacząć od szukania orzechów przy ścianie fundamentu i nie znalazł tam żadnego. Pewnie dlatego, że o tej porze roku włoskie orzechy spadają jeszcze w łupinach, a te z oczywistego powodu trudno jest w zielonej trawie zobaczyć. Podszedł kilka kroków wyżej po skosie nasypu, lecz i tu jest znalazł żadnego. Podszedł jeszcze wyżej i tak doszedł do płaszczyzny niższego fundamentu. W ten sposób zobaczył całą sylwetkę dziewczyny. Był zaskoczony. To była już kobieta. Z kształtu ciała na pewno, lecz z twarzy z pewnością była jeszcze dzieckiem. Podkuliła nogi bliżej siebie, by dać mu przejść. Miała na sobie krótką mini spódniczkę i nie miała na nogach rajstop. Tym ruchem jednak, który miał być z pewnością uprzejmością, okazała zupełny brak świadomości tego, co robi. Trzymała zeszyt pomiędzy nie złączonymi ze sobą kolanami, odsłaniając białość bielizny. Niewinność tego dziecinnego odruchu czuć było na kilometr.
Mężczyzna w szarym garniturze odwrócił wzrok, by patrzeć gdziekolwiek, byle tylko nie tam, gdzie kazały mu instynkty. Żałował, że tu wszedł. To był błąd, lecz wycofanie się w tym momencie byłoby jeszcze większym błędem. Wszedł głębiej i zaczął szukać orzechów. Znalazł ich pięć. Wszystkie jeszcze w skórkach i wszystkie pęknięte od upadku, i uderzenia o beton. Do tego by je kiedyś zasadzić na pewno się nie nadawały, lecz do tego by je dzisiaj pokazać Annie, nadawały się na pewno. Teraz musiał wrócić i w jakiś sposób ominąć dziewczynkę, a wracając udawał, że szuka orzechów też na gałęziach drzewa, bo w ten sposób mógł kierować wzrok w prawidłowym, jak uważał kierunku.
Zszedł ostrożnie w dół po kamieniach. Nastolatka patrzyła teraz, jak mu to niezgrabnie wychodzi. Nie wiedziała przecież, że to ona sama i jej zachowanie, są tego bezpośrednim powodem. Gdy był już na dole spojrzał wyżej i zauważył, że ona patrzy na niego. Nie odrywali tak od siebie oczu przez kilka sekund.
– Nie jestem jeszcze ojcem – zaczął mówić – ale gdybym nim był i gdybym miał tak śliczną córkę, to byłbym dumny i szczęśliwy. Dziewczyna, dziewczynka, nastolatka, dziecko, prawie kobieta, uczennica, ciężko mu było ją sklasyfikować, uśmiechnęła się i uroczym, ciepłym głosem odpowiedziała nie patrząc już na niego.
– Moi rodzice mówią mi to prawie codziennie – gdzie przy słowie: prawie, zrobiła minimalną przerwę, co świadczyło o tym, że myśli o tym, co mówi. Zastanowił się, czy ma zwrócić jej uwagę, że siedząc na gołym betonie, nie postępuje zbyt rozsądnie, ale przecież siedziała na czymś w rodzaju cienkiej chustki lub szalika. Poza tym takie uwagi zawsze kończyły się zdziwionymi i mało przyjemnymi minami. Pamiętał o tym i powstrzymał się.
– Miłego dnia – powiedział, bo wypadało. – Miłego dnia – odpowiedziała, bo też wypadało.
Czas wracać, pomyślał i ruszył w stronę samochodu. Wyszedł z cienia orzecha i spojrzał w stronę słońca, które świeciło teraz słabiej, właśnie chowając się pomiędzy chmury. Na jego złotawym tle zobaczył dwie ludzkie sylwetki. Przyglądając się bardziej uważnie zobaczył też dwa psy. Sylwetki powoli stawały się bardziej wyraźne, ponieważ słońce przestawało go razić. To było dwóch szczupłych chłopaków. Szli w jego kierunku. On szedł wolno. Oni szybciej. Minęli się. Widział jak stawiają kroki. To były sztywne kroki osób, które nadużywają alkoholu, a oni nie byli już tak młodzi, jak wcześniej sądził. Przyjrzał się obu zwierzętom. To były psy rasy rottweiler. Groźne psy dla kogoś, kto nie wiedział jak z nimi postępować.
Przystanął zatrzymany impulsem. To dziecko o kształtach kobiety i tych dwóch to nieciekawe połączenie. Zatrzymał się nie obracając głowy, jakby zatopiony we własnych myślach. Potem obrócił się w stronę rzeki. Znów czekał. Dziewczynka była oparta o przeciwną ścianę fundamentu i nie mogła go widzieć, ale ci dwaj widzieli go na pewno. Obrócił się w ich stronę. Widział jak obaj patrzą teraz w dół. Dokładnie w tę stronę, gdzie siedziała nastolatka o twarzy dziecka i figurze kobiety. Włożył ręce do kieszeni. Patrzył w ich stronę, a skoro on ich widział, to oni na pewno musieli widzieć, że on patrzy na nich. Patrzył i czekał. Patrzył i nie ruszał się. Wiedział, jakie wrażenie chce w nich wywołać. Oni mają pomyśleć, że on jest ojcem tej dziewczyny, że wie, że ona tam siedzi i że jej pilnuje. Dotarło? - pomyślał wysyłając w wyobraźni tę informację do ich umysłów. Nie? Patrzył jeszcze kilka sekund, a gdy tamci nie ruszyli się z miejsca, ruszył w ich stronę zdecydowanie stawiając kroki. Nie zdążył zrobić nawet pięciu, gdy oni odwrócili się szybko odchodząc.
Oddalali się teraz znikając mu za kilka chwil z pola widzenia. Zapewne zeszli przy szlabanie, analizował. Tam była ulica, którą można było wrócić w stronę zabudowań. Zatrzymał się i stał tak jeszcze przez ponad minutę. Wał był pusty, a prawdopodobieństwo powrotu tych dwóch nikłe. W tym momencie zauważył sylwetkę dziewczyny. Wchodziła właśnie po kamieniach na szczyt nasypu. Pewnie wraca już do domu, czyli jego rola się skończyła. Obrócił się, by nie zauważyła, że on może mieć coś wspólnego z tą akcją, która właśnie miała miejsce. Szedł spokojnie w stronę samochodu. Teraz mógł już spokojnie zdjąć się swoimi sprawami. Popatrzył na zegarek. Miał czas. Zdąży na pewno.
 
 
○○○○
Maria przerywa czytanie. Spogląda przed siebie i przyciska zadrukowane kartki do piersi. Siedzi tak teraz w fotelu. Sama. W ciszy. Bez ruchu. Zamyślona. Czuje na sercu przyjemne ciepło, jakby to co przeczytała dotyczyło jej samej. Jakby to ona była tym już nie dzieckiem i jeszcze nie kobietą, która nie boi się nikogo i niczego, bo nikt jej jeszcze nie skrzywdził.
Usiłuje zrozumieć, jaka siła stoi za tymi wszystkimi impulsami, które kierują poczynaniami ludzi na całym świecie. Poczynaniami nie wszystkich oczywiście, bo tylko tych wybranych, wyznaczonych, ale przez kogo? Kto nimi kieruje? W jaki sposób i dlaczego?
Odkłada książkę na niski stolik po prawej stronie fotela. Znów spogląda przez okno. Jest ciepło, połowa września, jak w tym opowiadaniu. Podkula nogi bliżej siebie i obejmuje je ramionami kładąc brodę na kolanach. Zamyka oczy. To o czym czytała, nie mogło być fantazją autora. To musiało wydarzyć się naprawdę. Ta rzeka. Drzewo. Ta dziewczyna, która była jeszcze dzieckiem. Te ruchy. Tego nie da się wymyślić. Do tego ten słup i to miejsce. On musiał tam być, przeżyć to, zobaczyć i dopiero potem opisać. Ten kto to napisał, musiał być tym facetem w srebrnym garniturze. Nie ma innej opcji. Podnosi głowę z kolan i nie otwierając oczu wraca do przeszłości.
Cofa się teraz o prawie dziesięć lat. Hiszpania. Jej ojczyzna. Park. Środek dnia. Miejsce spacerów połowy miasta i zero ludzi. Dziwne. Idzie spokojnie przez park. Widzi czterech, szczupłych, młodych chłopców. Zbliżają się. Nie ma nikogo. Idą w jej stronę, są coraz bliżej i akurat nikt tędy teraz nie przechodzi. Otaczają ją. Widzi ich. Wyraźnie. Nie są już tacy młodzi. Dokładnie jak w tym opowiadaniu. Brudni, nieogoleni, źle ubrani. Są coraz bliżej, a ona z nogami jak kamienie i bez głosu. Jak zamurowana. Są blisko. Bardzo blisko. Jeszcze bliżej. Śmierdzą piwem. Czuje to. To dzieje się za szybko.
Najpierw dotykają końcami palców sukienki. Jakby nie chcieli jej zrobić krzywdy. Jakby się czegoś bali. Potem dotykają sukienki już całym dłońmi, a potem z każdej strony osiem dłoni obmacuje jej ciało. Wkładają ręce pod sukienkę. Za dekolt. Do stanika. Do majtek. Wszędzie, wszędzie, wszędzie, a potem któryś z tyłu chwyta ją za długie związane w koński ogon włosy, a ona prawie traci równowagę, ale oni nie dają jej upaść. Jeden trzyma ją oburącz za jedno ramię. Drugi za drugie. Nie umie się uwolnić z tych uchwytów. Prowadzą ją tyłem w stronę wysokiego krzewu. Zaczyna się szarpać, ale im bardziej się szarpie, tym te uściski są silniejsze. Potyka się o własne stopy. Znów prawie traci równowagę, ale oni znów nie dają jej upaść. Adrenalina dodaje jej sił, ale im więcej sił wkłada w każdy swój ruch, tym silniejsze są uściski tych ośmiu trzymających ją dłoni. Te dłonie są wszędzie. Z każdej strony. Nie ma ratunku. Znikąd. To koniec. Zaczyna rozumieć, że to koniec, że nie ma szansy. Zaczyna rozumieć, że nie ma szansy już na nic i wtedy czas zwalnia. Ich ruchy robią się wolniejsze. Coraz wolniejsze. Jeszcze wolniejsze. Jakby przestrzeń zrobiła się gęsta, a ona widziała wszystko bardziej wyraźnie, jak przez powiększające szkło. Wszystko dzieje się teraz tak, jakby ktoś zwolnił prędkość odtwarzania filmu, w którym oni wszyscy się znajdują. Jakby ktoś powiększył obraz, zwiększył jasność, dodał kontrastu i podkręcił dźwięk. Jej umysł zaczyna precyzyjnie pojmować, co się teraz dzieje. To jest ten moment, gdy ona zaczyna rozumieć, że sytuacja jest poważna, że musi zacząć walczyć o życie. Musi, ale nie umie, bo nie wie jak ma to zrobić. Musi, bo jeśli nic nie zrobi, to wszystko źle się skończy. Musi, więc przerażona zaczyna krzyczeć w myślach, krzyczeć tylko w myślach, bo na jej ustach zaciskają się śmierdzące spocone dłonie. Czuje, że już nic nie zdoła jej uratować. Czuje i gdy to pojmuje, poddaje się. Poddaje się tej sile, która silniejsza jest od wszelkich ziemskich sił. Poddaje się i przywołuje tę siłę. Przywołuje i prosi. Przywołuje i prosi z nadzieją, z pewnością, z pewnością w sercu, z pewnością tak wielką jak ta siła, która ją otacza wypowiada w myślach te słowa – Święta Panienko! Ratuj! – a oni zatrzymują się. Nagle. W jednej chwili. W tej chwili. Zatrzymują się dokładnie w tym momencie. Dokładnie w tym momencie, gdy ona wypowiada słowa prośby o pomoc. Zatrzymują się jakby usłyszeli ten niemy krzyk. Zatrzymują i wszyscy patrzą teraz w jedną stronę. W stronę białej postaci. Tej postaci, która przyszła jej z pomocą. Patrzą, zaskoczeni, ona też zaskoczona, a tam na ścieżce raczej niewidocznej, bo słabo wydeptanej wśród skoszonej trawy, stoi on. Anioł. Biały. Raczej niewysoki. Włosy blond. Krótkie. Jasne niebieskie spodnie. Biała koszulka na ramiączkach, a na tle tej bieli ubioru szeroka i opalona klatka piersiowa. Do tego potężnie zbudowane ramiona. Jak u gladiatora. To anioł. Jej anioł. Wojownik. Obrońca. Stoi i czeka. Nie rusza się i patrzy. Wyciąga ręce z kieszeni. Krzyżuje je na piersiach. Obserwuje. Przygląda się czterem chuderlawym pijaczkom, którzy otaczają ciemnowłosą dziewczynę w jasnej letniej sukience. Potem powolnym ruchem podnosi głowę do góry, jakby chciał tym czterem się przyjrzeć. Przyjrzeć lub raczej coś im powiedzieć, ale oni nie reagują. Nie reagują, bo nie widzą spojrzenia anioła zza szkieł jego ciemnych okularów. Anioł chyba to zrozumiał, bo jego prawa dłoń wędruje teraz w stronę tych okularów, ściąga je i powolnym ruchem chowa do kieszeni spodni. Nabiera powietrza w płuca i w ten sposób wygląda jeszcze potężniej. Zaciska zęby, a wyraz jego twarzy robi się groźny, jakby był zły, że tych czterech nie uciekło na sam jego widok. – Mamo – Maria otwiera oczy. Przez nadal otwarte okno wlewa się do pokoju spokojny świat oświetlony jesiennym słońcem. Jej córka już pięcioletnia śliczna dziewczynka o ciemnych oczach i jeszcze ciemniejszych długich prostych włosach, patrzy teraz na nią zdziwiona – co robisz? Kobieta nie odpowiada nadal mając przed oczami swojego anioła, gladiatora. Wyciąga ręce w stronę córki. Ta zbliża się i pozwala podnieść w górę. Kobieta sadza ją sobie na kolanach. Przytula mocno obejmując ramionami lekko kołysząc na boki. – Przypominam sobie właśnie jak poznałam twojego tatusia – odpowiada, a jej córka zdziwiona jeszcze bardziej zachowaniem swojej mamy dopytuje. – To czemu płaczesz? Maria przymyka oczy, pochyla głowę do przodu i swoim czołem dotyka czoła córki. Łzy nadal płyną jej z oczu. Z matczyną miłością całuje córkę po twarzy. – Ze szczęścia skarbie – odpowiada córce już spokojniejszym głosem spoglądając jednocześnie na obraz Świętej Panienki, który przywiozła ze sobą do Polski z Hiszpanii – ze szczęścia.
comments powered by Disqus