BARDZO: 000162
Bardzo
Anna obserwowała Adama. Wiedziała już jak ma na imię. Lubiła ten jego styl wydzierania każdej minuty z życia. Ten facet wiedział, czego chce. To było widać w jego oczach i w zachowaniu. Ona też już wiedziała, czego chce i dlatego dzisiaj specjalnie usiadła tak, by mogła w trakcie zajęć patrzeć na niego z boku.
– Panie doktorze – wysoki starszy lekko zgarbiony mężczyzna w beżowej gładkiej marynarce i białej koszuli, przerwał pracę. Rysował właśnie kredą jakiś skomplikowany schemat na obu tablicach i brakiem reakcji wyraźnie dawał znać, że jest zły, gdy ktoś mu przeszkadza. Narysował jeszcze kilka kresek i nie odkładając kredy odwrócił się w stronę drzwi, bo właśnie z tego kierunku dobiegał głos. W otwartych drzwiach stała jedna z sekretarek. Znali ją wszyscy obecni na sali wykładowej uczestnicy zajęć.
– Pan rektor prosi pana doktora do siebie. To ważne – sekretarka opierając jedną z dłoni na klamce drzwi, a drugą o framugę patrzy wyczekująco na wykładowcę. Ten widać, że przetwarza myśli, bo lekko przymrużył oczy. Tak mija kilka sekund. Kiwa głową potakująco, jakby się domyślił, czego może dotyczyć wezwanie.
– Domyślam się o co chodzi. To rzeczywiście ważne. Proszę przekazać panu rektorowi, że będę za kilka minut – sekretarka cicho i delikatnie zamknęła drzwi. Mija kilka chwil.
– Drodzy państwo – mężczyzna rysując mówi teraz odwrócony plecami do swoich uczniów. Na sali jest cicho. Słychać skrobanie kredy. – Przerwy nie będzie – nadal rysuje i mija tak może pół minuty. – To co widzicie na obu tablicach będzie tematem dzisiejszych zajęć. Wychodzę i nie będzie mnie przez może dziesięć minut, może piętnaście, ale na pewno nie więcej niż przez dwadzieścia – przerywa tym razem na krótko. – Przerysujcie ten schemat do zeszytów. Możecie już o nim pomiędzy sobą dyskutować – mówi nadal rysując. – Jak wyjdę, nie musicie siedzieć na swoich miejscach. To nie jest szkoła podstawowa. Jesteście studentami. Ta uczelnia nie ma was uczyć posłuszeństwa, a czegoś zupełnie przeciwnego. Gdy mnie nie będzie, możecie robić to, co uznacie za słuszne. Waszym zadaniem jest uczyć się niekoniecznie tego, o czym ja was uczę – odwraca się teraz do zdziwionych słuchaczy. – Jeśli ten czas, w którym mnie nie będzie, zużycie na bzdury – mówi to z uśmiechem patrząc raz w jedną, raz w drugą stronę – to w taki sposób też się uczycie. Czego? Tego, że marnujecie czas, bo kiedyś gdy zrozumiecie, jak każdy dorosły człowiek, że macie tylko jedno życie i że trzeba z niego korzystać rozsądnie. Kiedyś powiecie sobie na pewno, bo każdy dorosły tak do siebie mówi. Kiedyś powiecie sobie, że mogliście wiele rzeczy zrobić inaczej. My na tej uczelni chcemy nauczyć was podejmowania decyzji, a wy uczycie się tego również poprzez popełnianie błędów, czyli też poprzez podejmowanie decyzji złych. Nauka to nie wkuwanie na pamięć. Nauka to też lub może przede wszystkim obserwowanie siebie i swoich reakcji w konkretnych warunkach. Życie nie będzie was oceniało po tym, jakie posiadacie w głowie wiadomości. Wiadomości, wiedza, pieniądze, znajomości to tylko przydatne narzędzia. Narzędziem jest też tytuł magistra, który niestety jak potwierdzają to statystyki, zdobędzie tylko część z was. Życie oceni was po skuteczności, a skuteczność to umiejętność podejmowania trafnych decyzji w odpowiednim czasie i miejscu. Tej umiejętności podejmowania trafnych decyzji uczycie się też marnując czas. Marnujcie więc ten czas – tu kilkukrotnie pokiwał kredą jak palcem – efektywnie.
Po tych słowach odłożył kredę na półkę pod tablicą. Podszedł do biurka i wytarł dłonie w mały ręcznik. Odłożył go i nie biorąc niczego ze sobą wyszedł z sali.
Po wyjściu wykładowcy Anna starała się skupić na nauce. Patrzyła na schemat widoczny na obu tablicach i mechanicznie przerysowywała go do zeszytu. Bardziej jednak interesowały ją słowa, które usłyszała, a dokładnie te o obserwowaniu siebie i własnych reakcji. Robiła to przecież często, a właściwie coraz częściej, bo ta technika obserwacji siebie rzeczywiście pomagała jej podejmować rozsądne decyzje.
Dlaczego Adam tak ją interesuje? Nie umiała sobie tego wytłumaczyć. To było dziwne, bo nie umiała się skupić na działaniu. Przez dwa tygodnie czekała na kolejne zajęcia. Myślała o nich co dnia, za dnia, przed snem i po przebudzeniu. Dwa tygodnie temu spotkała Adama i od tamtego czasu miała go przed oczami właściwie cały czas. Nigdy czegoś takiego w sobie nie czuła. Wiedziała, że Adam to na pewno nie jest jeszcze obsesja, owszem nie, ale myśli o nim były częste, za częste. W ten sposób z jednej strony czuła niepokój, ponieważ nie umiała sobie z tymi myślami poradzić, a z drugiej cieszyła się, że jej serce coś wypełnia. Cieszyła się z tego stanu ducha, bo w jej sercu coś się działo, bo nie było tam pustki. Wiedząc to wszystko cieszyła się z tych myśli i nie broniła się przed nimi. Pozwalała im w sobie żyć, rozrastać się, zajmować sobą czas, bez przeszkód.
W pomieszczeniu robiło się coraz głośniej. Była sobota i uczelnię wypełniali studenci w trybie zaocznym. Na sali przeważała młodzież. W większości byli to chłopcy i dziewczęta, którym nie udało się z różnych względów zahaczyć na studia dzienne. Niektórzy świeżo po maturze, a niektórzy rok po lub niewiele więcej. Dorośli byli zdecydowaną mniejszością. Widać było, że nie czują się tu jeszcze swobodnie. To były dopiero trzecie wykłady na pierwszym semestrze i relacje pomiędzy uczestnikami nie zostały jeszcze do końca ustalone. Każdy próbował w jakiś sposób zdobyć swoje miejsce, swoją pozycję w tym wielowiekowym stadzie. Od samego początku zaczęły się tworzyć grupy. Mniejsze lub większe. Mało kto siedział samotnie. Swój ciągnął do swego, jak w tym przysłowiu. Wszyscy chcieli wypaść jak najlepiej. Wszyscy chcieli pokazać się z jak najlepszej strony. Wszyscy grali swoje role z takim zapałem, z jakim my wszyscy gramy je wtedy, gdy chcemy pokazać swoje ja tym ludziom, którzy widzą nas po raz pierwszy.
Anna obserwowała to wszystko z uwagą, a obserwując zastanawiała, czy jej kobieca intuicja, która kazała jej interesować się Adamem, zawiodła ją, czy raczej prowadziła w prawidłowym kierunku. Schemat jeszcze nie przerysowany - patrzy teraz na swoją niedokończoną pracę. Czy marnuje w tej chwili czas, czy może wręcz przeciwnie zyskuje go, bo zastanawia się przecież nad przyszłością swoją i swojego dziecka? Czy Adam warty jest tego, by brać pod uwagę jego udział w przyszłości jej rodziny? Czy będzie dobrym ojcem dla Amelii? Ciężko jest o tym myśleć i jednocześnie przepisywać do zeszytu dane z tablicy - Anna stara się obserwować siebie. Ciężko będzie tu przyjeżdżać co dwa tygodnie. Czuła, że ta szkoła interesuje ją tylko jako narzędzie. Narzędzie do zdobycia lepszej pracy owszem, ale bardziej przydałby się facet, przy którym mogłaby odpocząć. Który wziąłby stery jej życia w swoje ręce i który zrobiłby to sam bez mówienia mu, co ma robić i jak ma to robić. Tak. Tak bym chciała, rozmarzyła się. Czy spotkam kiedyś takiego? Wyobraziła sobie teraz siebie i Adama, jak idą wspólnie spacerkiem we trójkę trzymając jej córeczkę za rączki. Marzyła tak z otwartymi oczami. Widziała nowe mieszkanie, nowe meble w kuchni - ale to musi być facet, który też mi się podoba - nie przerywała przewijania obrazów w wyobraźni.
– Cześć Aniu – Agata i Iza usiadły obok. Poznała je na ostatnich zajęciach. Obie były młode. Na pewno świeżo po maturze. Chociaż. Jakie to miało teraz znaczenie. One nie miały przecież pojęcia, na czym polega życie. Zrozumieją to dopiero wtedy, gdy urodzą dziecko i zostaną z tym dzieckiem same.
– Co tam dziewczyny? Nudzicie się efektywnie, czy marnujecie czas? – Anna próbując nawiązać do słów wykładowcy, starała się wyjść na tę inteligentną. Właśnie taki był cel tych słów. Zamierzony i precyzyjny. Miała trzydzieści pięć lat, a od tych młodych dzieliła ją przepaść życiowego doświadczenia. Zdawała sobie z tego sprawę, ale chciała tę przepaść zmniejszyć jakimś rodzajem uprzejmego zachowania, co niestety nie było dla niej łatwe, bo to była nowa sytuacja, w której nie umiała się jeszcze odnaleźć. Nie do końca też jeszcze wiedziała, jak chce relacje z tymi dziewczynami poukładać. Nie poczuła jeszcze tego w sobie. Czuła tylko, że bariera wieku między nimi jednak istnieje. Dla niej one dwie były dwiema głupimi nastolatkami. Dokładnie takimi jak ona sama kiedyś. Pamiętała te czasy. Dobrze pamiętała, bo przecież nadal czuła się taka młoda - przewijała w głowie wspomnienia - a to wszystko co dotąd wydarzyło się w jej życiu, to był tylko film. Wierzyła cały czas, że wszystko dobrze się ułoży, że jeszcze będzie szczęśliwa, bogata, zdrowa i nigdy nie umrze - tu włączyła się w niej czerwona lampka. To są myśli osoby młodej! Czytała o tym! Szlag! Zrozumiała też, że nawiązując do słów wykładowcy wcale nie zmniejszyła dystansu, a wręcz przeciwnie, oddaliła te dziewczyny od siebie - nadal obserwowała swoje myśli, nie mając zamiaru podtrzymywać rozmowy.
– Impreza była wczoraj do rana – pierwsza przerwała milczenie Izabela. – U mnie. Mam wolną chatę do poniedziałku, do popołudnia, bo dopiero wtedy wracają rodzice z bratem. Dzisiaj też impra. Wpadaj. Chcesz? Możesz u mnie spać. Zero problemu. Jutro zajęcia na ósmą. Fajnie będzie. Mieszkam pięć minut stąd. Zdążymy.
Obie patrzą teraz na koleżankę wyczekująco. Nie widać po nich nieprzespanej nocy, bo w tym wieku tak tego nie widać. Anna odpowiada po chwili namysłu:
– Wiecie przecież, że mam dziecko i balety mi nie w głowie, ale – tu przerwała, bo fajnie by było wyrwać się z domu chociaż na jedną noc – może kiedyś, bo dzisiaj na pewno nie. Umówiłam się z córką na plac zabaw po południu, a chcę ją nauczyć dotrzymywania słowa, czyli sama też muszę go dotrzymywać. Proste, nie?
Popatrzyła na Agatę i Izabelę, a one na Annę. To były mądre słowa, ale Anna nie zamierzała na tym skończyć. Chciała to, co powiedziała jeszcze podkreślić, bo w jej głowie właśnie pojawił się odpowiedni cytat.
– Dziecko nie pójdzie za twoją radą. Dziecko pójdzie za twoim przykładem – dodała i w ten sposób urosła w oczach obu dziewcząt jeszcze bardziej. Nie wiedziała, że one rozmawiały o niej, że podziwiały jej styl ubierania się, zachowania, urodę, a było co podziwiać, bo Anna rzeczywiście była kobietą wyjątkową.
Pierwsze co rzucało się w oczy to jej twarz, a ta nie była tylko piękna. Ta twarz była niebywale piękna, a różnicę robiły wystające kości policzkowe, które nadawały tej twarzy charakter egzotyczny. Anna wyglądała jak piękna blond indianka z ciemną oprawą oczu i bujnymi brwiami. Miała kształtny, wyraźny nos. Pełne usta. Idealna figurę. Idealne nogi. Szczupłe ramiona. Wyraźne wcięcie w talii i dłonie. Cudownie piękne, silne dłonie. Nie chude i nie szczupłe. Nie męskie i nie toporne, ale mocne i prawie jak męskie, ale z długimi kobiecymi palcami. Do tego naturalne paznokcie, które olejowała naturalnymi olejkami.
Dzisiaj ubrana była w luźne wzorzyste spodnie do pół łydki, w kilku odcieniach brązów. Te brązy pasowały idealnie do bursztynowej biżuterii. Na szyi bogaty naszyjnik. Na lewej dłoni dwa, a na prawej trzy srebrne pierścionki. Też z bursztynami. Podobne kolczyki. Bluzka biała. Bez wzorów, bogata krojem z podobnym dekoltem, z przodu i z tyłu. Torebka również biała ze srebrnymi okuciami pasującymi do srebra biżuterii. Duża jak to na uczelnię. Całość stroju złamana beżowymi szpilkami w szpic. Pełnymi z przodu, z otwartą piętą. Anna wyglądała na tej sali jak dama, a Iza i Agata doskonale to zauważały. Obie chciały zbliżyć się do nowej koleżanki i poznać bliżej, bo na ostatnich zajęciach zamieniły ze sobą tylko kilka zdań. Jednak pomiędzy sobą rozmawiały o niej prawie codziennie. Tematem był styl Anny, jej figura, jej nogi, które pokazała ostatnio ubrana w krótkie, eleganckie spodnie z mankietami, które pokazywały tyle uda, ile tylko było można. One obie były bardzo do Anny podobne. Śliczne i szczupłe. Nie miały czego zazdrościć starszej koleżance. Po prostu podziwiały jej styl, tak jak jedna piękność podziwia styl innej piękności bez zazdrości.
– Mamy do ciebie dwa pytania – tym razem odezwała się Agata. – Ale obiecaj, że nie będziesz się z nas śmiała – Anna po chwili namysłu kiwnęła głową na znak zgody.
– Pierwsze będzie prywatne. Zastanawiamy się obie cały czas o tym rozmawiamy, czy się nie obrazisz, albo czy nie uznasz nas za wariatki, ale doszłyśmy do wniosku, że chcemy poznać powody dokonywanych przez ciebie wyborów. Drugie jest zwyczajne. Pragmatyczne.
Anna przeanalizowała usłyszane słowa. Przypomniała sobie też wcześniejsze rozmowy. Te dwie to nie były słodkie idiotki. Obie śliczne z twarzy. Szczupłe. Nie za niskie i nie za wysokie. Jak ona sama. Zadbane, a że ubrane w jeansy i ciasne koszulki to nic nie znaczy lub może znaczy to, że nie zależy im na robieniu tu sobą jakiegoś show. Do tego miały bogate słownictwo. To były dwie, niegłupie, ciekawe dziewczyny.
– Chodzi o to – nadal mówi Agata – że masz na sobie trzy kolory. Spodnie i bursztyny są w odcieniach brązu, to kolor pierwszy. Drugi biały. Torebka i bluzka. To nie było jeszcze pytanie – Anna widać, że chce coś powiedzieć, ale wstrzymana gestem nadal milczy. – To jeszcze nie pytanie, poczekaj – Agata podnosi palec w górę. – Gdybyś – tu kiwa palcem jak chorągiewka – do tego zestawu założyła białe buty, to weszłabyś w evening code, ale ubrałaś beżowe szpilki z pełnymi palcami i w ten sposób weszłaś w office code lub street code. Teraz pytanie – Anna wyprostowuje się i przestaje opierać plecami o krzesło, co oznacza, że jest zaciekawiona. – Czy zrobiłaś to specjalnie czy intuicyjnie? Wiesz o co mi chodzi, prawda? Chodzi o kolor butów. Przypadek czy zamiar?
Anna była wyraźnie zaskoczona pytaniem, ale to mogło tak wyglądać tylko dla kogoś z zewnątrz. Ona była teraz mniej zaskoczona, a bardziej zainteresowana tymi dziewczynami, niż jeszcze przed chwilą. Spojrzała na swoje rozmówczynie unosząc brwi. Zastanawiała się, czy zapytać, skąd biorą takie słownictwo. Dress code to znane określenie, ale tych pozostałych nie znała. Rozumiała je oczywiście, że rozumiała, była przecież tłumaczką angielskiego w koreańskiej firmie, ale nigdy takich określeń nie używała. Prawdopodobnie dlatego, że nie miała z kim tak rozmawiać. Spojrzała na obie dziewczyny po kilka razy na każdą. Były zaciekawione i wyglądały poważnie. Na pewno nie robiły sobie z niej żartów. Była tego prawie pewna.
– No dobra dziewczyny – zaczęła – oczywiście, że to nie jest przypadek, a po prostu układ. Stylizacja. Zestaw. Rzeczywiście taki był cel, bym nie wyglądała jakbym szła na bal, tylko – tu zwolniła – ja tego tak nie nazywam. Wcale nie nazywam, tylko zwyczajnie robię. Po prostu tak się ubieram, by to co ubieram, pasowało do sytuacji, ale – uśmiechnęła się, bo odpowiednie słowa już przyszły jej na myśl – nie ubieram tego w słowa, tak jak wy to robicie.
– No to jak nazwiesz tę stylówkę, którą masz na sobie?
– Zestaw do szkoły lub na uczelnię. Pasuje też do pracy i na miasto, ale nie pasuje na oficjalny bankiet z prezesami, bo białe buty i kopertówka byłyby do tego lepsze. Tak uważam. Tak czuję. Nie uczyłam się tego. Nie znam zasad i nomenklatury. Chyba raczej kieruję się intuicją.
– Za dużo słów i brzmi tak, jakby to mówiła moja mama albo babcia – odpowiedziała Izabela, a Agata dodała.
– Wpadniesz do nas parę razy, to nauczymy cię jak mówić po naszemu teraz drugie pytanie.
– Zamieniam się w słuch – odpowiada Anna po krótkim namyśle. Chciała odpowiedzieć: dawaj lub wal, ale doszła do wniosku, że użyje bardziej wysublimowanego słownictwa, by dostosować się poziomem.
– Drugie pytanie jest z gatunku praktycznych. Chodzi o to, że zamierzamy skończyć te studia i nie chcemy mieć zaległości, a mamy taką z ostatniej ekonomii. Powiedz od kogo skserować notatki z ostatniego wykładu? Kto ładnie pisze? Od kogo warto? Wiesz?Anna uśmiechnęła się do siebie. Wszechświat sprzyja. Wiedziała, co im powiedzieć. Miała już gotowy plan.
– Widzicie tego samotnego tam? – i wskazała ruchem głowy na Adama. – Pisze drukowanymi literami. Wyraźnie. Nie przepisuje słowo w słowo. Robi własne notatki. Do tego ma własną firmę. Popatrzcie na jego buty.
– On ci się podobaaa. Celujesz? Nie za młody? – wtrąciła się Izabela i od razu zrozumiała swój błąd. – Przepraszam – dodała – nie moja sprawa.
– On trzy lata temu skończył cztery dychy – wtrąciła Anna.
– Jasne – słowa Agaty zabrzmiały drwiąco – wiem, jak wygląda czterdziestoletni facet.
– On jest osiem lat ode mnie starszy, tylko tak wygląda. Ja mam trzydzieści pięć, a on czterdzieści trzy. Pokazywał mi dowód. Też nie wierzyłam.
– Co to za firma? – zapytała Izabela.
Anna popatrzyła na Izę z uwagą. Wyczuła, że ona właśnie chce zniwelować niekorzystne wrażenie po swoich ostatnich słowach. Stara się - pomyślała.
– On jest grafikiem. Pisze do gazet. Robi też strony internetowe.
– Fajnie – wtrąciła Agata.
– No – kontynuuje Anna – pokazywał mi. Ładne. Idźcie do niego.
Izabela patrzy na Annę z uwagą. Widać, że o czymś intensywnie myśli. Przybliża się do ucha Anny, kładzie dłoń na jej ramieniu i szepce.
– Wiem, jak ci pomóc. Idziemy – te słowa skierowane były do Agaty.
Adam siedział samotnie. Nie miał zamiaru podchodzić do kogokolwiek jako pierwszy. Nauczył się już w swoim życiu, jak to działa. Gdyby chciał zainicjować jakiś kontakt, to w tym kimś do kogo by podszedł, od razu uruchomiłby się naturalny mechanizm oporu przed nieznanym. Jeśli natomiast poczeka, to kiedyś ktoś sam do niego podejdzie i w tym kimś włączy się wtedy podświadoma konsekwencja, która będzie temu komuś kazać na poziomie podświadomości, kontynuować tę znajomość jako osobiście zainicjowaną. Znał mechanikę myślenia podświadomego, pracował na niej i czekał na rozwój wypadków. Był samotny i czuł, że potrzebuje kontaktów z kobietami, ale jego serce było zajęte i chciał te kontakty ograniczyć do wyłącznie towarzyskiej formy. To była patowa sytuacja, w której nie umiał do końca się odnaleźć. Czuł w tym wewnętrzny dysonans, który graniczył z oszukiwaniem samego siebie. To była walka pomiędzy uczuciami płynącymi z serca i rozsądkiem. Walka pomiędzy czekaniem na coś, co nie miało szans powodzenia, ale było wspomagane uczuciem płynącym z serca i rozsądkiem, który podpowiadał mu, że ona nigdy nie wróci. W taki stanie trwał już ponad cztery lata.
Najbardziej podobała mu się Anna, bo umiał docenić jej styl i odwagę do emanowania kobiecością, ale nie chciał podchodzić do niej pierwszy. Po prostu czekał, a czy to czekanie można było nazwać poddawaniem się zrządzeniom losu, czy raczej był teraz myśliwym, który sam poluje nie zdając się na przypadek, bo cierpliwie czeka, to nie miało dla niego znaczenia. Nie miało znaczenia, jak nazwać tę strategię. Czy nazwać ją strachem, lenistwem, wyrachowaniem, czy samokontrolą. Po prostu jego wewnętrzny kompas, głos w sercu, intuicja, czy jakkolwiek to uczucie nazwać, kazało mu tak postępować. Oczywiście często zastanawiał się też, kto kieruje jego myślami. Zastanawiał się nad źródłem ich pochodzenia. Miał na to swoją teorię, ale dzisiaj tak głęboko w siebie nie wchodził. Nie było ku temu odpowiednich warunków. Anna zakłócała te auto dywagacje. Myśli o tej kobiecie nie chciały go opuścić. Widział ją, gdy miał oczy otwarte, a gdy je zamykał, widział ją jeszcze wyraźniej. Widział Annę, a Ewy już tam nie było. Znikła.
Gdy właśnie rozmyślał, jaką przyjemnością mogłaby okazać się bliższa znajomość z Anną, która - jak było to widać - już radziła sobie towarzysko, jej dwie nowe koleżanki właśnie wstały i wyraźnie zmierzały w jego stronę. Usiadły po obu stronach krzesła, na którym siedział. Ta z prawej przysunęła się jako pierwsza dotykając go kolanem. Druga widząc ten ruch zrobiła to samo, zbliżając się ramieniem też na odległość dotyku. Adam nie ruszył się z miejsca i nie wypowiedział ani słowa. Wiedział, że ma to coś wspólnego z Anną, bo przecież wszystkie trzy jeszcze przed chwilą ze sobą rozmawiały.
Anna obserwowała teraz swoje nowe koleżanki. Była pewna, że może je już tak nazywać. Czuła to, a to co czuła przeważnie się sprawdzało. Obie podeszły do Adama i usiadły na krzesłach. Jedna po jednej, a druga po drugiej stronie. Przybliżyły się do niego tak, że obie go dotykały. Był ubrany w długie spodnie i koszulę z długim rękawem, więc nie dotykały go bezpośrednio. Zaczynała podejrzewać, co miały oznaczać słowa wyszeptane jej do ucha przez Izabelę.
– Izabela – pierwsza wyciągnęła do Adama rękę dziewczyna z prawej.
– Agata – teraz zobaczył wyciągniętą dłoń z lewej strony.
– Ania, wiesz która – dziewczyna z prawej wskazała Annę wzrokiem – powiedziała, że ładnie piszesz. Masz notatki z ekonomii ostatniej? Dasz skserować?
Adam zaczął zastanawiać się jak zareagować. Analizował siebie od kilku minut. Właśnie obserwował swoje myśli i nie musiał jakoś specjalnie wprowadzać się w stan samoobserwacji, bo w tym stanie właśnie trwał. Znał siebie. Znał swoje zachowania i mechanikę własnego myślenia. Wiedział, że zależy mu na tym, by być zadowolonym z własnych reakcji, bo tylko w ten sposób sam ze sobą czuł się dobrze. Dawno już zauważył, że gdy pojawia się niespodziewana sytuacja to organizm, czyli jego wewnętrzny mechanizm sterujący, sam wybierał automatycznie jakiś rodzaj reakcji. Ludzie nazywali to spontanicznością, a on brakiem kontroli lub po prostu głupotą. Nie lubił tych własnych, automatycznych zachowań uruchamianych przez nie wiedział co. Wiedział tylko, że te dwie dziewczyny nie są zainteresowane nim, a wyłącznie tym, co on może im w tym momencie dać. Jak zareagować? Ta myśl przeszła przez jego mózg jak błyskawica. Trwało to może ułamek sekundy. Miał już gotową odpowiedź. Taką odpowiedź, która prowadziła go do tego miejsca, w którym chciał być. Bliżej Anny.
– Skoro tak powiedziała, to proszę bardzo – otwarł swój gruby zeszyt i znalazł potrzebną stronę.
– Mogę? – odezwała się dziewczyna z lewej, kładąc dłoń na zeszycie.
– Tak – odparł Adam. Agata wzięła zeszyt i wyszła.
Na korytarzu stało ksero na monety. Przyjmowało złotówki, dwójki, piątki i oczywiście nie wydawało reszty. Agata właśnie tam zamierzała skopiować notatki z zeszytu. Adam i Iza zostali sami. Zapadła chwilowa cisza, której on nie zamierzał przerywać. Czekał na ruch młodszej koleżanki. Wiedział, że to milczenie jest składnikiem słownej szermierki, którą właśnie pomiędzy sobą prowadzili. Wiedział też, że ona tego nie wiedziała. Wiedział, że w tym wieku nie mogła mieć w sobie myśli o kontrolowaniu siebie, bo skąd? Wiedząc to czuł przewagę, która dawała teraz mu spokój. Czekał.
– Podobno masz własną firmę – rozpoczęła rozmowę Izabela.
– Skąd wiesz? Od Anny? – Adam skierował tok rozmowy w odpowiednią stronę.
– Od Ani, a nie od Anny. Imię Anna pasuje do dojrzałej kobiety, a Ania nie wygląda jak dojrzała kobieta. Ona wygląda jak młoda piękna kobieta. Zgodzisz się? – To prawda. Nie da się zaprzeczyć. Wygląda jak hrabina, która właśnie wizytuje uczelnię. Zobacz jak jest ubrana. Popatrz na zestawienie kolorów i złamanie konwencji obuwiem. Widzisz to?
Iza była zszokowana. Dostała prawie zadyszki. Poczuła ten dziwny stan w gardle, dosłownie. Pierwszy raz w życiu ją zatkało i chyba zrozumiała skąd to określenie się wzięło. Była tak zaskoczona jak nigdy jeszcze, bo obie z Agatą nie brały pod uwagę tego, że jakikolwiek facet może znać się na kobiecej modzie. Była wręcz zła, że on to zauważa, bo w ten sposób zrównuje się z nią w jakiś sposób. Nie zazdrościła Annie urody, bo sama uważała się za ładniejszą, ale to, że Adam zauważył to samo, co ona zauważyła, tego nie potrafiła zaakceptować. Nie potrafiła się z tym pogodzić. Czuła się jakby pomniejszona tym, że on, taki stary - chociaż przystojny - myśli podobnie jak ona.
– Nie zauważyłam – odparła chcąc ukryć, o czym teraz myśli, bo już zastanawiała się, jak wyjść z tych słów. Planowała przecież pomóc Annie w zdobywaniu Adama, czyli będą wspólne rozmowy pomiędzy nimi wszystkimi i kiedyś na pewno do omawiania tematu dzisiejszej kreacji Ani wrócą. W ten sposób - kiedyś na pewno - wyjdzie na idiotkę, dlatego szybko postanowiła się z tych słów wycofać, więc dodała – a właściwie zauważyłam, tylko wkurza mnie, że ty facet, też to widzisz – i uśmiechnęła się rozbrajająco, bo spory ciężar spadł jej z serca.
Adam zauważył to, otworzył szeroko oczy i uniósł brwi w geście zdziwienia. Zrobił to specjalnie, by podkreślić, co chciał powiedzieć.
– Dziecko drogie! Uwierz, że mogę tak do ciebie mówić. Wiesz co właśnie zrobiłaś?
– Nie? – dziewczyna wyglądała na lekko wprawdzie, ale przestraszoną.
– Przyznałaś się sama przed sobą do błędu i od razu go naprawiłaś. Wiesz, jakie są tego konsekwencje?
– Nieee? – tym razem w oczach Izabeli nie było już strachu, a wyłącznie ciekawość.
– Zyskałaś mój szacunek – powiedział to z takim przekonaniem w głosie, że uwierzyła mu bez cienia wątpliwości. Od razu też zaczęła myśleć, jak to wykorzystać. Pamiętała przecież, co obiecała Ani. Musiała działać. Natychmiast! Już! Myśli zaczęły jej wirować w głowie, a przez to, że potrzebowała rozwiązania natychmiast, żadne nie pojawiało się w jej głowie. Rozbrojona słowami Adama kontynuowała bez ustalonego celu. Poddała się w ten sposób tej konkretnej chwili. Bez jakiekolwiek kontroli tego co mówi i do czego ją to doprowadzi. Odpowiedziała spontanicznie:
– Zauważyłeś, że gdy bardzo potrzebujesz – przerwała, by dobrze dobrać słowa – jakiegoś konkretnego rozwiązania, które ma ci akurat pomóc w tym konkretnym momencie i bardzo się zmuszasz, by je z siebie wydobyć, to ono nie chce się pojawić, a w głowie masz takie – znowu przerwała, bo znów poddała się uczuciom chwili i mówiła po prostu prawdę – takie myśli jak nitki zbudowane ze światła, które latają jak samoloty wewnątrz głowy i odbijają się od wnętrza czaszki nie umiejąc się poukładać w jeden ciąg? Znasz to?
Przerwała, bo poczuła, że powiedziała za dużo, że za bardzo otworzyła się przed obcym i teraz musiała zmierzyć się z konsekwencjami. Jeśli on ją wyśmieje, to sama jest sobie winna. Nie zdążyła jednak dłużej analizować tej sytuacji, bo Adam odpowiedział:
– Zadziwiasz mnie. Wiesz? Twój umysł jest już dojrzały, skoro umiesz obserwować siebie z boku. Brawo. To dar. Tego się nie da nauczyć. Człowiek jest albo zwierzęciem sterowanym od wewnątrz przez instynkty, albo człowiekiem, który to zwierzę umie w sobie obserwować, a ty umiesz. Brawo.
Izabela milczała. Nie odpowiedziała. Poczuła ulgę, a ulga ta spowodowała, że jej umysł się uspokoił i zaczął pracować na tak wysokich obrotach jak wcześniej. Zrozumiała, że może wykorzystać tę nić porozumienia, która właśnie pojawiła się pomiędzy nią i Adamem. Widziała już to rozwiązanie w wyobraźni. Po prostu będzie tym dla Adama, czym jest dla Ani. Będzie mu pomagać ją zdobyć, ale do tego trzeba jakoś doprowadzić. Jak? Już wiem - to on pierwszy musi przyznać, że ona mu się podoba i potrzebuje pomocy, by się do niej zbliżyć. Wiedziała już, co ma robić. Do czego doprowadzić, a gdy to się uda, jej rola będzie ustalona.
Teraz to nie była tylko rozmowa. Teraz to była już słowna szermierka, a Izabela znała jej cel. Teraz musiała doprowadzić swojego przeciwnika do poddawania się jej słownym ciosom, by ten cel osiągnąć. Włączyła się w niej pierwotna kobiecość. Wizja tworzenia intrygi i sterowania tą intrygą pociągały ją i pchały do działania. Do wypowiadania odpowiednich słów. Znała już, czuła w sobie ten układ rozmowy, który miał ją doprowadzić do tej sceny, która miała mieć miejsce na samym końcu. Musiała się spieszyć, bo scenę tę mogła odegrać tylko będąc z Adamem sam na sam. Musiała tę scenę przygotować w kilku zdaniach. Więcej czasu nie miała.
– To ty jesteś wyjątkowy. Zauważasz takie rzeczy, których normalny facet nie zauważa, a do tego obserwujesz najbardziej wyjątkową osobę na tej sali – Izabela spojrzała wymownie na Annę. – Wiesz o kim mówię. Do tego spowodowałeś, że otworzyłam się przed tobą. Teraz ty otwórz się przede mną, bo o coś cię zapytam. Zgoda? Adam pomyślał, że ta dziewczyna po prostu rozmawia z nim jak każdy normalny człowiek, który poczuł nić porozumienia z innym człowiekiem. Nie znał kobiet. Nie znał ich umysłów, aż tak. Nie umiał wejść do umysłu kobiety i zrozumieć, co kieruje jej czynami. Uwierzył teraz tej dziewczynie w jej słowa, ponieważ pamiętał, że przed chwilą przyznała się do własnego błędu. Sądził, że on i ona myślą podobnie. Nie podejrzewał żadnej intrygi. Żadnego podtekstu w tym, co usłyszał. Ufał jej teraz. Nic co można było nazwać słowem: uważaj - nie pojawiało się w jego wyobraźni. Intuicja go nie ostrzegała, więc odpowiedział:
– Pytaj.
Izabela wiedziała, że ma mało czasu, więc zaczęła mówić od razu.– Jesteś wyjątkowym facetem, a Anna jest wyjątkową kobietą. Obserwujesz ją, dlaczego? Czy ona ci się podoba?
Iza obserwowała Adama uważnie. Patrzyła mu prosto w oczy zadając to pytanie. To był cios słowną szpadą. Ten cios był ryzykowny, ponieważ albo zakończy tę słowną walkę jej własną przegraną, albo otworzy drogę do zadania mu śmiertelnego ciosu sceną, którą ona miała rozegrać jako aktorka. Czas uciekał szybko. Iza widziała, że Agata szła już z zeszytem i kilkoma kartkami. Patrzyła Adamowi w oczy. No - myślała - powiedz to! Otwórz się! Będziesz wtedy mój!
Adam poczuł się zwycięzcą tej rozmowy. Czuł, że ta dziewczyna rzeczywiście go lubi. Nie czuł przynęty i haczyka. Połknął go w całości. Bez oporu.
– Oczywiście, że ona mnie interesuje. Obserwuję Anię od samego początku. Każdy jej ruch.
W tym momencie poczuł, że powiedział o trzy słowa za dużo, ale cofnąć ich już nie mógł i czekał na konsekwencje. Patrzył na Izabelę. Czekał jak odpowie, a ona wiedząc, że zostało jej już tylko kilka sekund sam na sam z Adamem, przybliżyła się do niego, złapała za ramię oburącz i dotknęła piersiami tego ramienia tak, by on ten dotyk wyraźnie poczuł. Miała duże piersi, potężny dekolt i ten ruch musiał na nim zrobić wrażenie. Nadal trzymając go oburącz za ramię i dotykając piersiami przybliżyła swoją twarz do jego twarzy i szepnęła mu do ucha:
– Wiem, jak ci pomóc – i dodała, by zrozumiał jakiego typu to będzie pomoc. – Będziecie dobrze razem wyglądać. Pasujecie do siebie. Zaufaj mi.
W tym momencie odsunęła się od niego, bo Agata już podeszła z drugiej strony i położyła zeszyt tam, skąd go zabrała.
– Dzięki – powiedziała Agata – a Izabela wstając wyciągnęła zaciśniętą pięść w stronę Adama. Ten zrozumiał jej gest i zrobił to samo.
– Żółwik – powiedziała Izabela, a odwracając się w stronę Anny zobaczyła, że ta patrzy w jej stronę.
Iza była z siebie zadowolona. Czuła się zwycięzcą w tej rozmowie i w całej tej sytuacji. Wykorzystała własne ciało jak aktorka, by zbliżyć się do Adama i zamieszać mu trochę w głowie. To się udało, a potem udał jej się też żółwik. Adam był teraz wytresowany jak posłuszny piesek. Wykonywał dokładnie te ruchy, których ona od niego żądała. Cieszyła się jak dziewczynka, która trenowała swoje zwierzątko. Podobało jej się wykorzystywanie swojej kobiecości. Czuła się jak intrygantka, tyle że jej cel nie był zły. Był dobry, bo przecież chciała pomóc koleżance w zdobywaniu miłości. Tak do tego podchodziła. Nie miała żadnych wątpliwości, żadnych wyrzutów i żadnych wewnętrznych oporów. Nie zdawała sobie absolutnie też sprawy z tego, że manipulowała Adamem na poziomie, którego nie znała, bo na poziomie podświadomości. Adam natomiast, który uważał, że zna podświadome techniki wpływu, nie zauważył, że właśnie został technikom tym skutecznie poddany.
Anna obserwowała tę scenę od początku do końca. Widziała wszystko. Zastanawiała się teraz, jak Iza wytłumaczy swoje zachowanie. Obie dziewczyny właśnie podeszły i usiadły na tych samych krzesłach, z których wcześniej wstały. Pierwsza odezwała się oczywiście Izabela.
– Adaś je mi już z ręki. Jest potulny jak baranek. On nie podejrzewa, że grałam przed nim jak aktorka. Sama jestem zdziwiona, że tak mi to wyszło. Chyba się do tego urodziłam.
Widać było szczerość w słowach Izabeli. Anna jednak nie reagowała. Nie wiedziała, co reprezentuje sobą ta dziewczyna. Życie nauczyło ją tego, że ludzie są jacy są i że tylko ekstremalne przeżycia potrafią ich zmienić. Jednak do tego typu przeżyć tej dziewczynie było jeszcze daleko. Dlatego Anna - jak na razie - chciała po prostu zrozumieć, jaki człowiek kryje się w umyśle Izabeli. Czy należy jej się bać i odciąć kontakt natychmiast, czy pozwolić jej na ograniczoną przyjaźń, a potem się zobaczy? Na razie jednak nie reagowała. Czekała na dalszy rozwój sytuacji.
– Najpierw wydobyłam z niego zwierzenie. Intuicja podpowiedziała mi, jak mam to zrobić. Wyobraziłam sobie, do czego zmierzam w tej rozmowie i udało się. On przyznał się, że mu się podobasz i że ciebie obserwuje. Każdy twój ruch. To jego słowa. Naprawdę. Tak powiedział. Każdy twój ruch. To są jego słowa. Autentycznie. Tak powiedział.
Anna słuchała z rezerwą. Wiedziała, że ta dziewczyna szarpana jest od wewnątrz swoją kobiecością, która właśnie zaczyna się w niej budzić. Przeżyła to sama. Obserwowała Izabelę i dawała jej się wygadać nie przerywając. Wiedziała, że każdy człowiek, nawet wtedy gdy opowiada o kimś innym, zawsze opowiada o sobie.
– Potem powiedziałam, że pasujecie do siebie, a potem obiecałam, że mu pomogę. On teraz czeka. Patrzy tu na nas. Uważam, że trzeba to wykorzystać zanim ostygnie. Mam taki pomysł. Pójdę do niego teraz i powiem mu, że powiedziałam tobie, że on kazał mi ciebie zapytać, czy nie masz ochoty urwać się stąd i wyjść gdzieś na miasto pogadać. Potem powiem, że się zgodziłaś, bo tu nic ciekawego się nie dzieje. Aniu – teraz popatrzyła na koleżankę tak przekonująco, że trudno było jej nie uwierzyć – taka okazja może się już nie powtórzyć. Ja to dobrze zaplanowałam. Wstań teraz i idź w stronę drzwi, a ja pójdę do niego i powiem mu, że ty się zgodziłaś i że już wychodzisz. Mam iść mu to powiedzieć? Chcesz? Mam do niego iść. Tak?
Obie patrzą teraz na Annę. Agata z jednej, a Iza z drugiej strony. Anna analizuje sytuację. To było dokładnie to, czego potrzebowała. Po co się zastanawia i szuka dziury w całym? Przecież to nie ma sensu. Żelazo trzeba kuć póki gorące! Okazje trzeba wykorzystywać, bo one nie wrócą! Teraz musi się tylko zastanowić, jak zareagować, a właściwie, jakimi słowami zareagować. Nie czekała zbyt długo. Słowa przeszły do niej z łatwością.
– Zgadzam się z tobą Izunia. To za łatwe, by tego nie zrobić, ale mój warunek jest taki. Ja mu po prostu opowiem, że to był twój pomysł i że nie mam z tym nic wspólnego. Nie wiem jeszcze, jak mu to powiem i kiedy, i czy w ogóle powiem, ale ty musisz się na to zgodzić. Inaczej nie idę.
– Zgoda – odpowiedziała Izabela – to rozsądne co mówisz. Idź, bo doktorek zaraz wróci. Idź. No idź już.
– Dzięki Izunia. Zobaczymy się jutro, bo dzisiaj już tu nie wracam.
Obie dziewczyny nie odpowiedziały nawet słowem. Były zadowolone z siebie. Zadowolone z tego, że mogły pomóc Annie. Anna natomiast była zadowolona, że ucieka od tych dwóch intrygantek, bo przy nich wszystko działo się za szybko i bez kontroli. Nie wiedziała, co ma o nich myśleć, ale te analizy postanowiła zostawić na później. Wstała i wolnym krokiem zmierzała w stronę drzwi. Patrzyła jak Izabela podchodzi do Adama i wyjaśnia mu sytuację żywo gestykulując. Jest przekonująca, bo Adam wstaje i idzie w stronę drzwi. Na twarzach Anny i Adama widać konsternację. Oboje nie wiedzą, jak sobie nawzajem wyjaśnić to, co właśnie się dzieje. Oboje nie nadążają za wydarzeniami, dlatego milczą wychodząc. Nadal milcząc dochodzą do schodów, by zejść dwa piętra w dół. Na schodach nie było nikogo, trwały przecież zajęcia. Gdy zeszli na parter uczelni nie byli już sami. Kilkoro młodych ludzi dyskutowało pomiędzy sobą na stojąco. Trwało to jednak tylko kilka sekund i gdy wyszli na zewnątrz znów zostali ze sobą sam na sam. Twarzą w twarz, a właściwie twarzą obok twarzy, bo nie patrzyli sobie w oczy. Oboje zastanawiali się, co powiedzieć, jak zareagować na zaistniałą sytuację.
Zeszli ze schodów uczelni. Wyszli przez ozdobną bramę, której architektury na pewno teraz nie zauważali. Wychodząc na chodnik skręcili w lewo może dlatego, że w tamtą stronę idąc szli w stronę rynku najkrótszą drogą, a może dlatego, że Adam w tamtą stronę po prostu szedł. Uważał, że najlepiej i najszybciej będzie zaprosić Annę do naleśnikarni. To był znany lokal i ona musiała go znać.
Milczeli, ponieważ oboje mieli się nad czym zastanawiać. Anna myślała o tym, jak ma wytłumaczyć i czy chce tłumaczyć całość intrygi Izabeli. Adam natomiast miał trudniejszą sytuację. Powiedział o trzy słowa za dużo i od razu poczuł tego konsekwencje. Nie wiedział nic o intrydze Izabeli i za całą tę sytuację obwiniał wyłącznie siebie. Dodatkowo miał przed oczami, jak zawsze w podobnej sytuacji Ewę i Dorotkę. Jak zawsze też w takiej sytuacji czuł wyrzuty, bo z jednej strony pamiętał słowa przyjaciół, którzy mówili mu - Ewa nie wróci, ułożyła już sobie życie z kimś innym, zaakceptuj to. Z drugiej strony nie wyobrażał sobie oddawania zarobionych pieniędzy obcej kobiecie. Z trzeciej strony pamiętał słowa Ewy - ja ciebie nie kocham, a jeśli ty nas kochasz, to pozwól nam żyć i daj nam odejść. Z kolejnej strony był sam już ponad cztery lata. Z jeszcze kolejnej kochał swoją córeczkę tak bardzo, że oddałaby za nią życie. Z jeszcze kolejnej strony Anna podobała mu się bardzo i zdawał sobie sprawę z tego, że sam siebie w jakiś sposób oszukuje. Jednak jak wielkie było to oszustwo, tego nie wiedział. Nie umiał w sobie tego zdefiniować. Szukał dopiero w sobie uczuć, które odpowiedzą na te pytania. Nie wiedział też, dokąd go obecna sytuacja doprowadzi. Czy będzie tego żałował?
– Gdzie idziemy – Anna pierwsza przerywa milczenie.
– Idziemy w stronę rynku przez ten zielony mostek. Znasz go?
– Tak. Oczywiście.
– Możemy iść, gdzie chcesz, ale zapraszam cię na naleśniki. Już ci wyjaśniam dlaczego.
Anna zaciekawiona patrzy z boku na Adama, a on rozumie to spojrzenie. Ona czeka na wyjaśnienia.
– Wstałaś rano. Wcześnie. O tym, że coś zjadłaś, jeśli w ogóle coś jadłaś, dawno zapomniałaś. Potem pociąg. Może masz coś do jedzenia ze sobą, a może nie, ale w szkole nie jadłaś nic, bo bym to zauważył, dlatego teraz zapraszam cię na naleśniki. Robią je tu od ponad dwudziestu lat. Jak chodziłem tu do szkoły – wskazał palcem kierunek – to ten lokal wyglądał tak samo jak teraz. Nic się nie zmieniło. Mają tam też inne rzeczy, jak w każdej kawiarni, więc masz kilka minut na zastanowienie się, na co masz ochotę.
Anna po chwili pokiwała głową potakująco. Szli tak teraz wolno nie spiesząc się wzdłuż kanału. Nie czuła ochoty do rozmowy. Szła raczej zadowolona z przebiegu sytuacji. Miłe było to, że Adam zapamiętał jej rozkład dnia. Starała się nie obiecywać sobie za dużo. Wiedziała, że ten wypad był wymuszony. Czy ma mu to wyjaśnić? Poczekam – mówiła sama do siebie.
Przeszli spacerkiem kolejnych kilkadziesiąt metrów. Weszli na most. To był bardzo uroczy i niewygodny dla pieszych zabytkowy most, ponieważ łączył ruch pieszych i dwukierunkowy ruch samochodów. Tutaj nie mogli swobodnie iść obok siebie i swobodnie rozmawiać. Oboje cieszyli się tej sytuacji. Oboje myśleli o tym, jak potoczy się to spotkanie. Uprzejmie mijali raz szybciej raz wolniej idących z naprzeciwka. Uprzejmie też pozwalali się wyprzedać. Naleśnikarnia była już blisko.
– Byłaś tu już kiedyś?
– Setki razy – Anna odparła prawie ze śmiechem.
– No tak. Ty jesteś prawie stąd. To ja jestem obcy – odpowiedział, bo trzeba było coś odpowiedzieć. Niewiele kroków dzieliło ich już od wejścia. Przeszli je nadal milcząc. Nareszcie Adam otworzył przed Anną drzwi. Weszli do środka. Kolejka była tylko na kilka osób.
– Wybieraj. Na słodko czy na słono?
– Słodko. Jak ty jesteś to na słodko – Adam podniósł brwi w geście pytania, a Anna dodała.
– To tak w pięćdziesięciu procentach prawie randka tak? No to na słodko.
Te słowa nie były przypadkowe. Były przemyślane. Powiedziała tak, by zasugerować, czego się spodziewa i w ten sposób od razu dowiedzieć, na czym stoi. Skoro Izabela była intrygantką, to ona też mogła sobie na to pozwolić. Przynajmniej będzie wiedzieć, jak się teraz zachować. Nie żałowała tych słów. Adam był wyraźnie zadowolony z tego, co usłyszał, bo odpowiedział:
– Jest mi niezmiernie miło, że tak mówisz. Widzisz ten stolik tam? – wskazał ruchem głowy ostatni stolik na pustej drugiej sali. Anna pokiwała głową.
– Rozumiem, że mam tam iść, zająć tan stolik i czekać, tak?
– Si – zażartował i od razu dodał. – Zamawiam dwa razy naleśniki z serem, brzoskwiniami i Nutellą, a do tego dwa soki pomarańczowe świeżo wyciskane. Jak zjemy to potem kawka. Może być?
– Si – odpowiedziała też żartem Anna, której podobało się jak rozwija się sytuacja. On umiał się zachować. Nie naciskał i nie wycofywał się.
Adam stał w kolejce. Obserwował teraz swoje myśli płynące z wnętrza serca. Obserwował też te myśli, które chciały to wnętrze kontrolować. W ten sposób był trzema umysłami na raz. Trzema umysłami w jednym ciele. Sercem, rozumem i obserwatorem siebie.
Serce mówiło do niego to samo, co mówiło od zawsze, co mówiło od samego początku, jak poznał Ewę. To ona, Ewa była tą jedyną. Na pewno. Od pierwszego spojrzenia. Potem urodziła się Dorotka i już zawsze one dwie były w jego sercu połączone ze sobą w jedno nierozerwalne uczucie. Jakby obie były jedną osobą. Zawsze też na końcu wszelkich rozważań one wygrywały wszystko i ze wszystkimi. Zawsze wszystko chciał im dać. Zawsze o nich myślał, gdy już skończył się dzień i wszystko to, co dotyczyło codziennych czynności. Zawsze po zakończeniu wszelkich spraw i przeanalizowaniu wszystkiego, one dwie wygrywały z każdym argumentem i każdą sytuacją przeciwną. Cokolwiek by się nie zdarzyło, one dwie były priorytetem. Były najważniejsze. To z nimi obiema chciał mieszkać, być, chodzić na spacery, dać im wszystko, co miał. Tak mówiło mu serce i ten głos był niezmienny. Przez cały ten czas samotności. Tak jakby od odejścia Ewy nie minęły już ponad cztery lata. Ten głos serca był tak silny jakby od dnia, w którym widział Dorotkę po raz ostatni, minął tylko jeden dzień i nie więcej. Tak mówiło serce. Za każdym razem. Zawsze jak dotąd i bez zmian. Adam dziwił się temu. Obserwował siebie i dziwił się, ale nie umiał tego zmienić. Nie umiał, bo ten głos serca, to uczucie z głębi czegoś co sercem nazywał, zawsze wygrywało ze wszystkim tym, co mogłoby ten głos zagłuszyć. Zawsze. Bez zmian. Żadnych.
Kontrą dla głosu serca był rozum. Rozum mówił tak: ona odeszła ponad cztery lata temu. Nigdy nie powiedziała, że cię kocha. Zawsze mówiła, że ciebie nie kocha. Gdy zaszła w ciążę, płakała. Zawsze się kłóciliście. Zawsze oglądała się za innymi. Zawsze wstydziła się z tobą gdzieś pokazać, a gdy odeszła mówiła: jeśli nas kochasz, daj nam odejść. To mówił rozum. To mówił rozum, a serce za każdym razem, gdy na horyzoncie pojawiała się jakakolwiek konkurencja dla Dorotki, mówiło: a jak ona wróci? Kiedyś? To co zrobisz? Zostawisz tę nową dziewczynę? Wykorzystasz i zostawisz? To po co z nią chcesz być? By wykorzystywać jej ciało? Czy to uczciwe? Czy to daje ci szczęście? Przecież na końcu wszystkiego są zawsze one dwie. Zawsze Ewa i Dorotka wygrywają z każdą konkurencją. Nigdy nie byłeś w stanie wyobrazić sobie szczęścia z jakąkolwiek inną kobietą, więc po co zaczynasz kolejną znajomość? Po co ci nowe relacje z kobietami, skoro żadnej z nich nie możesz oddać siebie już na zawsze, bo twoje serce nie należy do ciebie? Nie rób tego. Nie obiecuj siebie nikomu, bo nie będziesz mógł dotrzymać słowa. Nie rób tego. Nie oszukuj. Nie oszukuj sam siebie i nie oszukuj tej dziewczyny, bo ona może się w tobie zakochać i będzie cierpieć dokładnie tak jak Ty teraz cierpisz. Tego chcesz?
Lecz umysł nie dawał za wygraną i nie przestawał atakować tym jednym koronnym argumentem: a jak ona nie wróci? A jeśli nie wróci nigdy, to zmarnujesz sobie życie na wyobrażaniu sobie każdej sytuacji z nimi dwiema? Tego chcesz? Marnowania czasu na marzenia, które nigdy się nie spełnią? Przecież nie da się nikogo zmusić do miłości. Wiesz to sam po sobie! Kim chcesz być dla swojej córki, gdy dorośnie? Nieudacznikiem, który nie radzi sobie z życiem, czy stabilnym ojcem, który wie, że każda porażka to kolejny schodek do sukcesu?
Anna siedziała przy stoliku i obserwowała Adama. Obserwowała jak jest ubrany. Lubiła na niego patrzeć, bo w tym w co był ubrany, rozpoznawała styl. Rozpoznawała świadome wybory. Obserwowała go od samego początku, ponieważ już na pierwszych zajęciach zauważyła, że siadając podciąga intuicyjnie materiał jeansów w górę tak, by nie naciągać materiału nogawek w kolanach. To był odruch kogoś, kto często chodzi w garniturach i komu zależy na prostej linii kantu nogawki. To był odruch perfekcjonisty, bo tylko tego typu człowiek może zwrócić uwagę na tak mało znaczący szczegół.
Ona sama była perfekcjonistką i wiedziała, jak boli patrzenie na coś, co może być harmonią, a nią nie jest. Była perfekcjonistką, dlatego widziała w nim to dążenie do poukładania świata wokół siebie w harmonii. Do poukładania przestrzeni tak, by patrzenie na przestrzeń tę było przyjemne. Widziała, obserwowała, zauważyła, gdy podczas pierwszych zajęć słuchając wykładowcy tak ułożył zeszyt i długopis przed sobą, by krawędzie zeszytu zgrywały się z krawędziami stolika. Odłożył zeszyt, potem przesunął kciukiem jego górny róg w lewo o kilka milimetrów, a ona zauważyła ten ruch. Widziała też, jak potem odłożył długopis, a odłożył go dokładnie tak, jak ona by go odłożyła. W to samo miejsce szukając równej odległości od krawędzi. Pamiętała, jak nie raz układała na swoim biurku przedmioty tak, by patrząc na nie odczuwać spokój. Polegało to na tym, by unikać patrzenia na brak spokoju, czyli unikać braku harmonii w poukładaniu przestrzeni wokół siebie. Dawniej myślała, że to jakiś rodzaj patologii myślenia, ale oglądając kiedyś sport w telewizji zapamiętała komentarz pewnego znanego i lubianego komentatora, który opowiadał o pewnym mistrzu tenisa, który właśnie tak układał wokół siebie przedmioty. W harmonii. Od tamtego czasu przestała martwić się szukaniem wewnętrznego spokoju w otoczeniu i robiła to już świadomie. Świadomie układała rzeczy w szafach, bibeloty na półkach i słoiczki z przyprawami w kuchni. Oczywiście nie zawsze miała na to siłę i ochotę. Dzisiaj natomiast świadomie obserwowała Adama. Obserwowała jego buty, pasek i kurtkę, które wszystkie połączone były ze sobą kolorem bordowej licowej skóry. Do tego zwykłe niebieskie jeansy i gdyby ta kraciasta koszula, którą dobrał do tego zestawu, zawierała w sobie elementy kolorystyki pasujące do koloru spodni lub do koloru butów, paska i kurtki, wyglądało by to wszystko zbyt oficjalnie, zbyt sztywno. Dlatego kratka koszuli zawierała w sobie szarość i kilka odcieni zieleni. W ten sposób kolorystyką koszuli łamał sztywność tego stroju, tak jak ona łamała oficjalność własnej kreacji w ten sam sposób kolorem szpilek. Gdyby Adam zrobił to raz, Anna może uznała to za przypadek, lecz on zrobił to trzy razy na trzech kolejnych zajęciach, więc przypadek nie mógł tu mieć miejsca.
Anna nie odbierała tego, co robił Adam jako serii przypadków. Chciała i we wszystkim widziała u niego celowe działanie, ale najbardziej pociągał ją jego spokój. Widziała, jak siedział samotnie na zajęciach nikogo nie zaczepiając. Widziała, jaki spokój zachował podczas umizgów Izabeli. Imponował jej jego spokój wobec jej urody. Znała mężczyzn i wiedziała, jakie robi na nich wrażenie, a on traktował ją tak, jakby była jedną z wielu. Jakby ona, jej uroda i styl nie robiły na nim absolutnie żadnego wrażenia. Jakby był zajęty myślami czymś innym. Jakby te myśli krążyły wokół dużo ważniejszego tematu niż ona. To jej się nie zdarzało i właśnie to w nim robiło na niej największe wrażenie. Takiego ojca poszukiwała dla swoje córki i taki życiowy partner u jej boku byłbym partnerem idealnym. Tak. Tego chciała, chciała być z Adamem. Wiedziała to, czuła i była tego pewna. Była pewna, że jest we właściwym czasie i we właściwym miejscu. Tak. Była pewna, że robi to, co właśnie powinna robić. Tak. Tu i teraz.●●●●
Od tego dnia rozmawiali ze sobą długo i często. Podczas tych rozmów oboje zwierzali się sobie wzajemnie i wchodzili w coraz głębszą, wzajemną relację.
Adam opowiadał o tym, jak kochał i nadal kocha obie swoje dziewczyny. Opowiadał Annie jak poznał Ewę i że od razu, od pierwszej chwili wiedział, że ona, Ewa, to ta jedyna, na zawsze, a zauważył to, ponieważ nigdy wcześniej nie był gotowy oddać życia za żadną z tych kobiet, które znał. To właśnie to uczucie chęci dawania, a nie brania, utwierdziło go w przekonaniu, że pierwszy raz w życiu poznał prawdziwą miłość. Różnica polegała właśnie na tej gotowości do poświęcenia siebie i wszystkiego co miał, drugiej osobie. Pierwszy raz w życiu poznał to uczucie i nie chciał już z niego zrezygnować, szczególnie po tym jak Ewa urodziła Dorotkę i całe trzy miesiące mieszkali razem w jego malutkiej kawalerce. Tylko trzy i aż trzy miesiące. Trzy najszczęśliwsze miesiące w jego życiu.
Potem Ewa z dnia na dzień podjęła decyzję o wyjeździe z kraju. On myślał, że to może stres poporodowy lub cokolwiek innego, ale Ewa zaraz po wyjeździe zerwała wszelki kontakt, a próby wznowienia go zakończyła jednym zdaniem: jeśli nas kochasz, to daj nam odejść. W ten sposób po prostu odeszła lub może uciekła, bo nie umiała tego powiedzieć wprost. Umiała powiedzieć: nie kocham cię, ale nie umiała powiedzieć: odchodzę.
W ten sposób Anna dowiedziała się wszystkiego, bo Adam opowiedział jej całą historię swojego życia. Opowiedział o kobietach, które wydawało mu się, że kocha, a które pozostawił, bo nie był pewien, że chce z nimi być już do końca. O pracy, która pochłaniała go całkowicie i o relacjach z rodzicami, którzy wspierali go we wszystkim. Jednego jednak nie powiedział jej nigdy. Nigdy nie powiedział jej o tym, że zarówno przyjaciele, rodzice, a przede wszystkim brat przekonywali go, że Ewa nigdy nie wróci, a Anna, ta z opowieści, to właśnie ta kobieta, którą powinien się zająć na poważnie. Tego jej nigdy nie powiedział, ponieważ był prawie pewny, że oni wszyscy, ci którzy go kochają i życzą mu dobrze, mają po prostu rację. Wiedział to, ale ten głos rozsądku nigdy nie wygrał z głosem serca, bo zawsze. Zawsze, zawsze, zawsze na końcu wszelkich dywagacji na temat przyszłości, uczucie do Ewy i Dorotki zwyciężało całą możliwą konkurencję. Zwyciężało wszystkie dziewczyny, kobiety, możliwości i scenariusze życia. Wszystko było niczym, wobec tego jednego uczucia miłości, które zawsze pojawiało się na końcu wszelkich rozmyślań i wymazywało wszelkie inne wizje pozostawiając na końcu tylko jeden obraz. Jeden. One dwie. I nic więcej.
Anna słuchała tego wszystkiego jak prawdziwy przyjaciel. Jak prawdziwa przyjaciółka szczerze pocieszała Adama za każdym razem, gdy tylko odpowiednie słowa przychodziły jej na myśl, a gdy takowych nie było, milczała. Milczała słuchając z jednej strony zwierzeń Adama, a z drugiej głosu własnego serca, które mówiło do niej dokładnie te same słowa, które wypowiadało serce Adama. Wiedziała, że czuła do Adama dokładnie te same uczucia, jakie on żywił do Ewy i mogła je dokładnie tak samo nazywać. Gdy on mówił o tym, co czuje do Ewy, ona słyszała opowieść o tym, co sama czuje do niego. Czy powodem jej miłości było to, że usłyszała te wszystkie opowieści z jego ust, czy może to, że rzeczywiście pierwszy raz poznała miłość prawdziwą, tego nie wiedziała. Nie wiedziała i nie chciała się nad tym zastanawiać. W jej sercu mieszkała miłość do córki, a mężczyzna, którego z całego serca kochała i podziwiała, był na odległość głosu przez telefon. To wystarczało do codziennego funkcjonowania. To wystarczało do życia i do podtrzymywania marzeń o tym, że wszystko jeszcze się ułoży, że wyjdzie za mąż, że będzie bogata, szczęśliwa i nigdy nie umrze. Wiedziała skąd te marzenia pochodzą i nie pozwalała im zbytnio od siebie się oddalać. Głos rozsądku natomiast, uciszała raz za razem kolejnymi marzeniami. Z dnia na dzień.
Tak mijały dni i tygodnie. Anna czuła w głębi serca uczucie miłości do Adama, lecz nigdy mu o uczuciu tym wprost nie powiedziała, ponieważ zawsze. Zawsze, zawsze, zawsze powyżej tego uczucia była miłość do własnej córki. Matka zawsze najpierw wybierze miłość do dziecka, a dopiero potem miłość do mężczyzny. W jej przypadku też tak było i nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Gdyby Adam zawiódł ją choć raz w jakikolwiek sposób, zerwałaby z nim kontakt w sekundę. Była tego pewna, lecz on nigdy tego nie zrobił. Zawsze odbierał połączenia i zawsze oddzwaniał. Zawsze słuchał tego, co ona do niego mówiła i nigdy nie dał jej odczuć, że rozmawia tak z jakąkolwiek inną kobietą.
W jaki sposób miała poradzić sobie z tym co czuje? Tego nie wiedziała. Wiedziała tylko, że uczyła się od Adama obserwowania siebie. Obserwowała więc własne uczucia i dostrzegała, że tam na górze, gdzie wyżej niczego już nie ma, jest Adam, a powyżej niego tylko Amelia, a jeszcze wyżej tylko bezmiar wszechświata i na tym koniec.
Czasami Anna zwierzała się Adamowi z największych swoich sekretów, a on słuchał tego jak prawdziwy przyjaciel i pocieszał ją takimi słowami, jakie dyktowało mu serce, a gdy słowa pocieszenia nie przychodziły mu na myśl, milczał. Czasami też, a działo się to w te dni, gdy wszystko układało się bez trudności, rozmawiali ze sobą o własnej samotności. Wyobrażali sobie, jak przyjemnie byłoby leżeć teraz obok siebie, przytulać się i rozmawiać, aż oboje razem zasną. Oczywiście w kolejnych dziennych rozmowach żartowali sobie z tych wieczornych tęsknot, jednak cokolwiek robili, zbliżali się do siebie coraz bardziej i bardziej. Dzień za dniem z każdą minutą i sekundą, każdej z rozmów.
W miesiąc po pamiętnej niby randce w naleśnikarni Anna zrezygnowała z uczelni. Tego wszystkiego było po prostu za dużo. Przedszkole, literki, cyferki, przedstawienia. Nowe zadania w firmie, w której pracowała polegające na poszerzaniu technicznego angielskiego słownictwa. Dwukrotne tygodniowe szkolenia w Korei. Targi w Warszawie, a potem w Poznaniu. Kto by temu podołał? Doba miała przecież tylko dwadzieścia cztery godziny. Gdyby nie pomoc mamy i rozmowy z Adamem nie udźwignęłaby takiego natłoku obowiązków. Sukcesy jednak, które osiągała jako kobieta i matka, rekompensowały wysiłek, jaki wkładała w swoje życie. Miała wokół siebie trzy osoby, które dodawały jej energii. Które sprawiały, że chciała żyć i pracować. Miała Amelkę, miała mamę i miała Adama. Czuła też, że gdyby zaszła taka potrzeba, to Adam wsiadłby w samochód i przyjechał do nich bez wahania o każdej porze dnia i nocy. Oczywiście takiej potrzeby nie było, lecz to uczucie pewności dawało jej spokój. W ten sposób mijały miesiące, tygodnie i dni, gdzie najprzyjemniejszą częścią każdego z tych dni, była wieczorna rozmowa przez telefon.
●●●●
Życie nie znosi próżni i kiedyś musiało do tego dojść. Musiało dojść do pierwszego spotkania Adama z Amelią. Wcześniej nie było ku temu okazji, a Anna nie chciała, by to spotkanie w jakikolwiek sposób było wymuszone, więc nie naciskała na Adama w żaden sposób. Sama też w żaden sposób nie czuła wewnętrznego nacisku, by do tego spotkania doprowadzić. Po prostu uważała, że ta sprawa sama się rozwiąże, a czy stanie się to wcześniej czy może później, to było dla niej bez znaczenia.
Nie widując się już na uczelni, oboje mieli ze sobą kontakt wyłącznie telefoniczny. W ten sposób jedynym sposobem na spotkanie Amelii z Adamem, była jego wizyta w mieszkaniu Anny. Adam jednak był pewny, że nie chce jeszcze zaangażować się, aż tak bardzo. Rozmawiali o tym często. Oboje tęsknili za wspólną bliskością, owszem, jednak oboje też doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że miłość do własnego dziecka jest silniejsza od wszystkich innych uczuć. Oboje się z tym zgadzali i oboje nad tym ubolewali. Adam nie raz żartował mówiąc:
– Nie mogłaś zdjąć majtek dla mnie? Amelka byłaby wtedy nasza i bylibyśmy szczęśliwi pod niebo.
Było jeszcze coś, czego Adam nigdy Annie nie powiedział. Oczywiście dlatego, by nie robić jej przykrości. Chodziło o to, że ona podobała mu się dlatego, ponieważ widział w niej elementy urody Ewy. Nie rozumiał jeszcze tego, nie wiedział, co to dla niego oznacza, co ma o tym myśleć, jak to interpretować i do czego go to doprowadzi, ale uważał, że czas wszystko rozwiąże, dlatego tym szczegółem się nie martwił. Po prostu poddał się temu, co ma nadejść bez protestów i bez wewnętrznej walki. Nie naciskać, to było jego motto.
Wiedział też, że gdyby mieli z Anną wspólne dziecko, to uczucia do Dorotki i Amelii poukładałyby się same w naturalny sposób, lecz nie był pewny, czy tego chce, ponieważ jak zawsze na końcu wszelkich rozważań na temat przyszłości, zawsze Ewa i Dorotka wygrywały z całą konkurencją. Wygrywały też niestety z Anną i jej córką. W ten sposób Adam miał pewność, że gdyby Ewa wróciła, to on bez wahania porzuciłby wszelkie kontakty z Anną, a przez to Amelia cierpiałaby na pewno.
Takie miał w sobie uczucia i nie umiejąc ich zmienić uważał, że pozostawiając relacje z Anną na poziomie przyjaźni, postępuje uczciwe, a co czas przyniesie, to nad tym się nie zastanawiał. Wiedział tylko, że gdyby mógł przekonać własne serce do tego, by porzuciło miłość do Ewy na korzyść miłości do Anny, zrobiłby to, ale oczywiście nie było to możliwe, a skoro nie było, to po prostu czekał. Na co? Tego nie wiedział. Wiedział tylko jedno, bo już dawno pogodził się z tą zasadą. Jeśli nie wiesz, jaką decyzję podjąć, nie podejmuj żadnej.
Czas upływał, a oni ostrożnie, lecz coraz częściej wchodzili w obszar rozmów o tym, jakby to było, gdyby oboje mogli być bliżej siebie. To nie były jeszcze plany wspólnego zamieszkania. Do tego było daleko. Po prostu oboje tęsknili za sobą tak, jak tęskni dwoje osób, które się kochają. Adam był pewny, że Anna go kocha. Był dojrzałym mężczyzną, który przeżył kilka związków i wiedział, jak zachowuje się kobieta, która nosi w sobie to uczucie. Oczywiście ona nie wypowiadała słowa kocham, ale była gotowa je wypowiadać miliony razy, gdy tylko przyjdzie na to czas. On też czuł, że mógłby wypowiadać to słowo. Czuł je w sobie i nie rozumiał, jak to możliwe, że kochał w jednym czasie dwie kobiety na raz. Przecież to sprzeczność. Jednak gdy miał na to czas i okazję, głęboko się nad tym zastanawiał. Dochodził wtedy do wniosku, że gdyby Ewa do niego wróciła i traktowała go tak źle, jak to nieraz bywało, to uciekłby od niej w kilka minut. Teraz jednak, właśnie dlatego, że Ewy tu nie było, jej obraz, ten wewnętrzny jej wizerunek, nie był prawdziwy. Został wyidealizowany, wypieszczony, pozbawiony prawdy i realiów za przyczyną tęsknoty. Głównie za Dorotką i pełną rodziną. Czuł też, że czas powoli zmienia jego uczucia. Nie całkowicie, a tylko trochę, lecz jednak. Te powolne zmiany docierały do niego. Rozumiał to, co czuje i dlaczego. Rozumiał mechanizmy, które tymi uczuciami sterują i rozumiał też, że świadomie chce przekształcić swoje uczucia tak, by fałszywy obraz Ewy został zastąpiony przez prawdziwy obraz Anny. Rozumiał również, że Ewa nie była kimś złym. Po prostu go nie kochała i nie umiała mu tego powiedzieć. To wszystko. Rozmawiał o tym z Anną. Tłumaczył jej to, co się dzieje w jego sercu i tak zbliżali się do siebie jeszcze bardziej. W ten sposób wspólnie doszli do wniosku, że czas dojrzał do tego, by Amelia poznała Adama.
Wybrali ten dzień precyzyjnie. To miało być w niedzielę na tydzień przed urodzinami Anny. Adam miał iść na zajęcia, a po ich zakończeniu mieli spotkać się pod uczelnią i wspólnie wybrać do pobliskiego ogrodu zoologicznego. Plan był dobry, lecz uległ małej zmianie, ponieważ Marta, najlepsza przyjaciółka Anny, która też uczęszczała na zaoczne zajęcia, na tej samej uczelni co Adam, poprosiła Annę, by ta przyjechała o jedno połączenie pociągiem wcześniej. Miałyby wtedy ponad godzinę na pogaduchy. Anna zgodziła się, zmieniła plan dnia i wysłała Adamowi wiadomość, że przyjadą wcześniej i że obie będą na niego czekać razem z Martą, na korytarzu uczelni.
Adam odebrał tę wiadomość, siedział więc spokojnie i czekał końca wykładu. W normalnych warunkach rozumiałby wszystko, jak to zwykle bywało. Dzisiaj jednak wiedza nie wchodziła mu do głowy. Gdzieś na krańcach wyobraźni czuł niepewność. Nie widział Anny już kilka miesięcy i cieszył się, że znów ją zobaczy. W tym nie było niepewności. Znał ją już i wiedział, że ona go nie zawiedzie, że z jej strony nie będzie niespodzianek. Ta niepewność wiązała się z Amelią, bo czy trochę ponad pięcioletnie dziecko zareaguje na niego pozytywnie, czy negatywnie, tego nie mógł wiedzieć na pewno. Nie wiedziały też tego Anna i Marta. One również były ciekawe, jak Adam poradzi sobie z tą sytuacją, a on nadal siedział spokojnie i czekał. Szukał w tej sytuacji słabych punktów. Miesiące rozmów z Anną sprawiły, że był pewny jej reakcji, całą więc swoją koncentrację poświęcał teraz przygotowaniom do zobaczenia Amelii po raz pierwszy. Znał ją z opowiadań. Widział na filmach. Poradzi sobie.
Koniec zajęć. Zrobiło się głośno. Nareszcie wyciągnął z saszetki jajko niespodziankę. Ta wypełniła prawą kieszeń spodni. Do lewej włożył kilka innych cukierków. Jeszcze inne wylądowały w obu kieszeniach koszuli. Przewiesił saszetkę przez ramię. Ona też była wypełniona słodyczami. Wstał. Poklepał się po kieszeniach. Był przygotowany. Wziął swój gruby zeszyt i wyszedł jako ostatni.
Wychodząc ostatni miał więcej czasu na przegląd sytuacji. Dobrze zrobił, bo Izabela i Agata już przywitały się z Anną i Amelią. Wokół pięciolatki koncentrował się przez chwilę kobiecy okrąg pobudzony instynktem macierzyńskim. Patrzył na tę scenę przez może minutę. Może dłużej. Młodsze dziewczęta szybko zajęły się sobą, a starsze usiadły obok Anny i Marty. Amelia siedziała teraz na kolanach mamy i nie reagowała za bardzo na ciekawskie spojrzenia. Jedyną osobą, z którą wymieniła kilka słów, była wysoka, dobrze zbudowana i całkiem ładna kobieta o długich kruczoczarnych włosach. To była Marta. Znaj ją z opowiadań.
– Widzę go – Marta patrzy w stronę Adama i potem na Annę – niewysoki.
Teraz Anna patrzy na Martę, której wzrost grubo przekraczał sto osiemdziesiąt centymetrów. Do tego szpile jak wieża Eiffla. Uśmiechnęła się tylko w odpowiedzi. Obie siedzą i nic nie mówią. Amelka przegląda bajkę. Widać, że nie czuje się komfortowo w obecności obcych osób.
Adam powoli podszedł do Anny. Nachylił się nad jej głową i pocałował we włosy na skroni.
– Cześć słońce najpiękniejsze. Jasno dzisiaj świecisz.
Anna zrozumiała ten szyfr. Jasno dzisiaj świecisz oznaczało, że ładnie wygląda. Nigdy wcześniej tych słów nie użył, a ona od razu je zrozumiała. Była zadowolona z tego powitania. Widzieli się pierwszy raz od kilku miesięcy, lecz lepiej to wyjść nie mogło - uśmiechała się sama do siebie trzymając Amelię na kolanach.
Po wymianie spojrzeń z Anną Adam pochylił też krótkim ruchem głowę w stronę Marty, co miało być gestem powitania. Obie patrzą teraz na niego ciekawe dalszych wydarzeń. Nie miał gdzie usiąść, ponieważ z tych kilku krzeseł, które stały na korytarzu, wszystkie są zajęte. Co on zrobi? Jak sobie poradzi? Obie zerkają to na siebie, to na Adama.
Amelia nie zwraca na to wszystko zupełnie uwagi. Anna i Marta milczą. Izabela i Agata patrzą z boku. Pozostałe kobiety też, a Adam spokojnie wycofuje się o trzy kroki w tył i powolnym ruchem siada na parapecie. Parapet był szeroki jak fotel i ciągnął się pod każdym oknem wzdłuż całego korytarza.
Usiadł tak, by mieć Amelię dokładnie naprzeciw siebie. Dzieliło ich więcej niż dwa, a mniej niż trzy metry. To była dobra odległość, bo głos Adama docierał wyraźnie do uszu wszystkich obserwatorów zajścia.
– Długo już na mnie czekacie?
Użył takich słów, by córka Anny zrozumiała, że on nie jest obcy, ale czy można traktować dziecko jak dorosłą osobę? Może za wiele od niej wymagał oczekując, by po tych kilku słowach zorientowała się kim on jest? Dziewczynka tymczasem nie odrywając oczu od książki zapytała:
– Mamo. Czy to jest Adam?
– Tak skarbie. To jest Adam. Ten, z którym zaraz idziemy do zoo.
Gdy usłyszała odpowiedź Anny, poruszyła się całym ciałem, podniosła głowę i skierowała na Adama swoje zainteresowane oczy. Te oczy miała po mamie. Błękitne, prawie turkusowe. Mieniące się wieloma odcieniami. Odcieniami od wyjątkowo jasnych do wyjątkowo ciemnych, co wyglądało niesamowicie. Tak niesamowicie, że każdy kto widział te oczy po raz pierwszy, musiał być zaskoczony ich wyjątkowym pięknem. Amelia obserwowała Adama tymi oczami uważnie, a wszyscy wokół obserwowali jej reakcje. On tymczasem nie marnował czasu i nie pozwolił sobie na utratę jej uwagi. Opanował zaskoczenie w sekundę i zaczął czegoś szukać w kieszeniach. Z prawej wyjął jajko niespodziankę. Pooglądał i schował z powrotem. Potem lewą dłonią wyciągnął z lewej kieszeni kilka dużych czekoladowych cukierków, które po chwili też schował do kieszeni. Amelia obserwowała go z uwagą. Każdy jego ruch. Potem wyciągnął z saszetki i poukładał na parapecie kolejno: jajko niespodziankę, dwa batoniki, dwa lizaki, kilka cukierków i portfel, a potem powrzucał to wszystko do saszetki. Potem powyciągał cukierki z obu kieszeni koszuli i znów wszystkie powkładał z powrotem.
Amelia patrzy na wszystkie te słodycze z nieukrywanym zainteresowaniem. Jej oczy są jeszcze większe, niż były przed chwilą. Adam natomiast udaje, że nadal czegoś szuka. Nagle przestaje szukać i unosi głowę. Patrzy teraz na twarz Amelii, potem na twarz Anny i znów Amelii, i znów Anny, i znów Amelii, a następnie naśladując głosem czytanie bajki, przy okazji rozkładając dłonie na boki w geście bezradności, mówi:
– Nie umiem znaleźć kluczy z samochodu. I jak teraz pojedziemy do zoo? Musimy iść na piechotę – unosi brwi jak klaun dla wzmocnienia efektu słów, a do tego wydyma usta, co wygląda śmiesznie. – Może jakieś krasnoludki tu były i zabrały mi te klucze?
Amelia jest żywo zainteresowana całą sceną graną przez Adama, więc reaguje szybko.
– Krasnoludki nie istnieją. Są tylko w bajkach – i na dowód swojego twierdzenia wskazuje paluszkiem książeczkę, którą ma przed sobą.
Adam patrzy na tę samą kolorową okładkę i też wskazując na nią palcem odpowiada:
– W tej bajce są krasnoludki? – Nie. W tej bajce jest kaczka dziwaczka, skarżypyta, samochwała - przerywa na chwilę – i zapomniałam.
Adam widzi na twarzy dziecka konsternację. Wyciąga z prawej kieszeni jajko niespodziankę i trzymając je w trzech palcach prawej dłoni odpowiada:
– Mam propozycję. Ty mi dasz pooglądać, jakie inne wierszyki są w tej bajce, a ja dam ci jajko niespodziankę. Musisz tylko zapytać swoją mamę, czy ona ci na to pozwoli.
W odpowiedzi Anna łapie Amelię pod pachy i stawia na podłodze.
– Pozwalam – mówi córce cicho do ucha.
Amelia podchodzi do